środa, 19 marca 2014

Lot Katowice - Sharm el Sheikh i pustynia Wadi Rum. Egipt&Jordania 2012 (cz.1)

Cześć. Dzisiejszy post będzie o czymś zupełnie innym. Minęły dwa lata od mojego wylotu do Sharm el Sheikh/Szarm el-Szejk - 13 marca 2012 roku, o godzinie 4.08 wyleciałem z Pyrzowic do tego pięknego, egipskiego miasta (biuro podróży ITAKA). Lot trwał co do minuty 4 godziny - wylądowaliśmy tam o 9.08 lokalnego czasu (8.08 polskiego) Naszym głównym celem była Jordania - zwiedziliśmy całe to państwo. Tak czy inaczej - wycieczka była świetna (wróciliśmy z niej 21.03 o drugiej w nocy). Opłacało się pojechać ;-)).

Z wstępu właściwie powiedziałem wszystko - teraz czas zacząć robić fotorelację (skromne 14 zdjęć).

Wschód słońca nad chmurami widziany z Boeinga 737 (linie Enter Air). Widoczne skrzydło samolotu.

Słońce wschodzi ponad chmurami. Do dziś głowię się, w jakim to mogło być państwie - pewno nigdy się nie dowiem, ale wiem, że widziałem pod sobą dużo ośnieżonych szczytów górskich. Może Rumunia albo Bułgaria? Nie wiem, w każdym razie miejsce oddalone o niecałe półtorej godziny lotu z Katowic. Chyba Rumunia - patrzyłem na nowe Mapy Google. Potem widzieliśmy jeszcze wyspy greckie (na Morzu Egejskim).

 O 10.00 lokalnego czasu przybyliśmy do hotelu Sharm Inn Amarein - widok na palmy przed naszą kwaterą. Ponieważ wyjazd do Jordanii dopiero jutro, oglądamy dzielnicę hotelową - w sklepiku kupujemy jabłkową Mirindę (czego to ludzie nie wymyślą)...

Oto nasz hotel! Gdzieś wyczytałem, że kosztuje
178 zł/doba (ma 4 gwiazdki). Moim zdaniem nocleg na pewno nie był 4-gwiazdkowy, ale jedzenie owszem. Czystość pozostawia sporo do życzenia - obsługa nie umie po angielsku, łóżko jest brudne i niepościelone. To, co opisuję, dotyczy pokoju 1002. Jednak choćby dla samego jedzenia warto tu przyjechać - lepszego nie było!

Basen w hotelu. Najlepiej się wykąpać po południu - wieczorem woda zadziwiająco szybko traci ciepło i można się poczuć jak po ruskiej bani. Więcej o takiej saunie na Wikipedii (lub w mojej relacji z Suwalszczyzny).

Wnętrze pokoju 1002 - pokój 2007 lepszy!!! Nazwalibyście to pokojem czterogwiazdkowym? Moim zdaniem, ci, co biorą mniej niż 3,5-4* w Egipcie, to masochiści ;-))).

Następnego dnia wyruszamy do Jordanii. O godzinie 8.30 zatrzymujemy się na chwilę przy beduińskim targu w bliżej nieokreślonej miejscowości (pamiętam, że to było gdzieś w górach na półwyspie Synaj, ok. 120 km od Sharm el Sheikh).

Jedziemy do Taby - przejścia granicznego z Izraelem (300 km od Sharm). Droga dłuży się niemiłosiernie! Zabieramy wszystko z autobusu i z walizkami idziemy do kontroli granicznej. Po stronie egipskiej długaśna kolejka po pieczątkę wyjazdową, ale jakoś dajemy radę. Jesteśmy w Ejlacie - po stronie izraelskiej. Niby ruch bezwizowy, ale na granicy trzymali nas długo. Przejeżdżamy przez terytorium Izraela 15 km. Na przejściu z Jordanią po izraelskiej stronie prześwietlają nam walizkę 3 razy, ogólnie jakieś takie wariactwo. W Izraelu skończyła się też Mirinda wieziona z Egiptu. No cóż. Byłoby to tyle, jeśli chodzi o atrakcje Izraela. Kontrola paszportowa do Jordanii szybko i sprawnie. Tylko pieczątka wjazdowa do nowego kraju i koniec granic! Jednak nie całkiem. Po przekroczeniu granicy stoimy jakąś godzinę (patrzyli nam w oczy taką aparaturą, Bóg raczy wiedzieć, w jakim celu). O 16.00 jesteśmy w Wadi Rum - na czerwonej pustyni (oczywiście mam piasek!) gdzie jeździmy 2 godziny jeepami. Pierwszy raz jest mi zimno (a to jest klimat zwrotnikowy; w Ammanie leżało trochę śniegu ;-D).

 Z jeepa - czerwona pustynia Wadi Rum, jedna ze średnich skał. Zresztą słowa nie oddadzą tego, co zdjęcia; sami zobaczcie i pomyślcie! ;-)




Żywy wielbłąd - z bliska (nie polecam podchodzić - smród straszny!).



























Tył głowy kierowcy jeepa (Toyoty z lat chyba 60. - 70.) owinięty bardzo modną arafatką. Samochód oczywiście prawie rozwalony, ale to nic - grunt, że klimat :-)))

OK. To tyle. Później napiszę  jeszcze o Petrze, Kerak, Madabie, Górze Nebo i wielu innych miejscach.

S.

2 komentarze: