piątek, 24 października 2014

Carskie Sioło i pożegnanie z Rosją. Narwa.

5 lipca 2014
To już ostatni dzień w Petersburgu, już się żegnamy i jedziemy w kierunku Estonii! (Strasznie jarałem się tym dniem :D)
Ale od początku:
O 5.30 rano pobudka, bez większych emocji. Zaraz po śniadaniu (6.30) i mszy przy Newskim (8.30) wyjazd do Carskiego Sioła - położonego ok. 30 km od byłej stolicy. Znajduje się tam pałac carycy rosyjskiej Katarzyny II Wielkiej.

Carskie Sioło

Na miejscu jesteśmy o 10.30 - tłumy turystów, ogromna ilość Japończyków z lustrzankami, upał... nieciekawie.
W budynku zdenerwowało mnie to, że dekoracje
nie były pomalowane na złoty kolor, tylko na gliniany - co strasznie szpeciło pałac.
Wnętrze nie rzuciło mnie na kolana - parę dość podobnych sal i tyle. Ja rozumiem, że komuś może się to podobać, ale dla mnie (jako dla osoby, nie zastanawiającej się nad dekoracjami czy stylami architektonicznymi - czy barok, czy rokoko, czy co tam jeszcze; nie robię przecież doktoratu z historii sztuki!) przereklamowany kicz i tyle - na pewno nie mogę polecić.
Obejście tych kilku sal z przewodniczką (z którą wkrótce się pożegnaliśmy :/) było dosyć męczące i zajęło ponad godzinę; później oglądaliśmy jeszcze park (który moim skromnym zdaniem od zwykłych, miejskich Plant różnił się wyłącznie rozmiarem i obecnością jeziora - tak czy inaczej nie warto). Później przewodniczka zabrała nas jeszcze na króciutki koncert w świątyni - Rosjanie śpiewali całkiem ładnie (broń Boże nie uważam się za eksperta w dziedzinie muzyki!).
No i wreszcie nadeszła chwila pożegnania - krótko, szybko i już - jedziemy w kierunku Estonii!


Zdjęcia z Rosji:














Estońskie emocje

Estonia budziła we mnie emocje nie do opisania - że "wow", że super, że w ogóle fajnie, że jedziemy do takiego niezbyt popularnego kraju (trzeba przyznać, że Estonia wśród Polaków raczej nie jest modnym kierunkiem na wyjazd; a co do moich estońskich uczuć, teraz tęsknię za Tallinem) :).

Granica Rosja/Estonia

Pewnie ku uciesze czytelników (znudziło im się czytać o Rosji) opuszczamy "dziki kraj" (w świadomości wielu Polaków Rosja jest dzika!) i (w związku z wygaśnięciem wizy rosyjskiej) udajemy się do Estonii. Na przejściu granicznym w Iwangorodzie (130 km od Petersburga) jesteśmy o 15. Nikt się nami nie interesuje, ale po ok. 30 min celnicy zaczynają działać i robią szybką kontrolę - w sklepie wolnocłowym (po rosyjskiej stronie) jesteśmy o 15.40 - czyli kontrolowali autokar ok. 10 minut (Estończycy będą jeszcze lepsi). Sklep w średniej cenie, aczkolwiek sprzedawali tam olbrzymią ilość estońskiego towaru (tańszy niż w Tallinie). Czterdzieści minut na shoppingu i ESTONIA! :D

Estonia

Po przekroczeniu rzeki Narwy, wjeżdżamy (teraz jest 15.10 - cofamy czas o godzinę) do najbardziej ateistycznego kraju Europy - do Estonii (ateistów jest tam ok. 75%). Estoński pogranicznik wchodzi na minutę, przeszukuje 1 (słownie: jeden) nawiew nad którymś siedzeniem (pewno szukał marihuany - trzeba by było mieć wyjątkowego niefarta, żeby trafił akurat na ten nawiew... ;))

Narwa

Pierwszym miastem za granicą była Narwa (która leży w Estonii, jednak jest w zasadzie rosyjska, 95% ludności to Rosjanie) - tam też mieliśmy hotel i widzieliśmy ostatnią białą noc na wyjeździe. Trochę pobłądziliśmy (i zobaczyliśmy całkiem ciekawe widoki w płd. części Narwy; jeździliśmy po całym mieście chyba, kierowcę źle GPS poprowadził, a trasa była w zasadzie BANALNA :)), aż w końcu zatrzymaliśmy się przed hotelem o b. wdzięcznej nazwie "Inger" - czyżby ingerowali w nasze życie? Nie, ale w stan portfela z pewnością tak - pokój tani nie był (65 euro/noc, Estończycy nieźle dyktują ceny - nawiasem mówiąc, w Petersburgu hotel kosztował ~50 euro/noc, więc tam opłaca się spać na dziko, ale to tylko taka wolna myśl, nie żebym ingerował w czyjeś upodobania.)

Banany

Po wrzuceniu tobołków do pokoju, postanowiliśmy się przejść (indywidualnie) - ciekawiła nas ta Narwa! Pierwszy pomysł? Pójść nad morze - ale do Joesuu (jak się później okazało - nadmorskiej dzielnicy Narwy) jest 14 km - odpada. No to nic, przejdziemy się chociaż po mieście - jak się okazało, ciekawym (ale do twierdzy nie poszliśmy :( ) - mimo, że było to 15 min piechotą. Poszliśmy za to do parku oraz galerii handlowej (głównym powodem, dla którego ją odwiedziliśmy, były słuchy o dobrych owocach) - gdzie zobaczyliśmy... czerwone banany (z Ekwadoru) - kupiliśmy kiść za horrendalną kwotę 10 zł//kg (!!!).

Rozpisałem się, teraz zdjęcia:


















S.

2 komentarze:

  1. świetne fotografie, jestem ciekaw jak dalej w Estonii! I aż ciężko mi uwierzyć, że tak łatwo udało się Wam przedostać przez granicę? Żadnych przemytników, żadnych handlarzy? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był czas białych nocy, to celnicy chyba byli zmęczeni :)
      Na tamtej granicy raczej się nie handluje (chyba, że w sklepie wolnocłowym :D) - Estonia ma chyba dość surowe prawo ;)
      A co do fotek - dzięki. Za Estonią tęsknię porównywalnie, jak za Rumunią i Serbią! :)

      Usuń