czwartek, 26 marca 2015

Na przedpolach Azji - Armenia.

Autorką 5. gościnnego wpisu na moim blogu jest Zosia z "Czterech Żywiołów", tym razem tematem wpisu będzie Armenia (którą, podobnie jak Gruzję, mam na liście marzeń). Mam nadzieję, że za czas w miarę niedługo tam pojadę :). Teraz oddaję głos Zosi.




Armenia to malutki kraj o powierzchni nieco mniejszej od województwa wielkopolskiego, a jednocześnie o dużym zróżnicowaniu krajobrazu. Widoki za oknem samochodu potrafią się zmienić diametralnie już po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów. Różnice w klimacie i ukształtowaniu terenu najbardziej rzucają się w oczy podczas jazdy z Erywania na południe kraju. Po opuszczeniu stolicy krajobraz ubożeje, a sto kilometrów od Erywania jest już zupełnie surowy. Widząc z okna starej łady postrzępione skały i obrośnięte suchą trawą wzgórza bez wątpienia można stwierdzić, że Armenia to Azja.  Bo o ile kulturowo jest bliższa Europie, to widoki zdecydowanie bardziej pasują do opisów środkowoazjatyckich stepów i wyżyn. A przez całą jazdę w stronę południowej granicy na horyzoncie można dostrzec majestatyczną górę Ararat, która niemal rozpływa się w gorącym powietrzu.





Gdy Ararat staje się coraz większy i wyraźniejszy, to znak, że niedaleko jest już Turcja. Bo choć historycznie Góra jest armeńska, to administracyjnie znajduje się na terytorium Turcji. Widok na Świętą Górę za granicą wroga jeszcze bardziej przypomina Ormianom o krwawym epizodzie w historii ich państwa – Ludobójstwie Ormian dokonanym przez Turków w 1915. Jednak Ormianie wiedzą, że góra to ich „własność” i są z niej bardzo dumni. Wiele produktów i firm nosi jej nazwę, a Ararat widniał nawet w godle Armeńskiej SRR. Choć Ararat widoczny jest już z Erywania, to najlepiej jest na niego popatrzeć spod klasztoru Khor Virap oddalonego od stolicy o czterdzieści pięć kilometrów. To właśnie tam robi się najsłynniejsze zdjęcie Górze, które widnieje na wszystkich pocztówkach i w folderach turystycznych. Widok malutkiego monastyru na tle potężnej góry wyrastającej z równiny chcą zobaczyć wszyscy.
Choć można było wziąć turystyczny busik lub marszrutkę, my poprosiliśmy o transport starego taksówkarza, który zawiózł nas pod klasztor chyba jeszcze starszą od siebie ładą. Prawie pięćdziesiąt kilometrów pokonaliśmy w niecałe dwie godziny przy czterdziestostopniowym upale. Podróż była katorgą i zarazem niezapomnianą przygodą, a ośnieżony Ararat zwieńczający krajobraz dodatkowo ją uświetnił. Kiedy dojechaliśmy do celu, okazało się, że miejsce popularne wśród turystów w Armenii zupełnie odbiega od europejskiego wyobrażenia. Fakt, było tam dużo zwiedzających, ale i tak znaczną większość stanowili ormiańscy pielgrzymi. Na szczęście Armenia wciąż pozostaje prawie nienaruszona przez Zachód. Dookoła klasztoru usytuowanego na górce rozciągała się równina z rzędami winorośli i pasem ziemi niczyjej pomiędzy Armenią a Turcją. Wszędzie pusto, przejść granicznych brak. Granicę można było rozpoznać tylko po ciągu wież strażniczych, gdzie żołnierze pilnowali, czy nikt nielegalnie nie opuszcza kraju.



Kilka dni później ponownie uderzyliśmy z Erywania na południe kraju, tym razem jeszcze dalej, bo do Goris. Znów jechaliśmy przez surowe, prawie pustynne tereny po niezwykle krętych drogach. Nasza trasa przecinała nawet armeński fragment Jedwabnego Szlaku. Po niezwykle stresującej podróży (kierowca wchodził w zakręty nad przepaścią z piskiem opon i pędził jak szalony…) dotarliśmy cali do Goris. A z Goris było już niedaleko do Meghri, a stamtąd do Iranu… Niestety tam już nie dojechaliśmy. Z braku wizy nie było nawet sensu wybierać się tak daleko. Za to dość dobrze zwiedziliśmy Goris i okolicę. Miasto, które odwiedza się głównie ze względu na bliskość słynnego monastyru Tatev samo ma wiele do zaoferowania. Goris wyróżnia się spośród armeńskich miast zarówno architekturą, jak i krajobrazem naturalnym. Zabudowa miasta jest niezwykła, ponieważ nie poddała się sowieckiej urawniłowce. Wszystkie domy na pozór takie same – ściany z szarych, zacementowanych kamieni i typowe, zakaukaskie werandy. Jednak nie całemu miastu udało się oprzeć wpływom radzieckim i stoi w mieście kilka sowieckich gigantów. Ale co jeszcze bardziej wyróżnia miasto, to jego położenie wśród szarych skał o wyjątkowych spiczastych kształtach, które od razu kojarzą się z Turecką Kapadocją. Ta armeńska jest może mniejsza, ale równie piękna i ciekawa. W skałach Goris, tak jak i w Turcji, kiedyś mieszkali ludzie. Do dziś pozostały w nich otwory, które służyły za okna i drzwi. A ze „skałek” jest świetny widok na miasto położone u podnóża gór.



Jak już wspomniałam – do Goris przyjeżdża się głównie, aby zobaczyć Tatev. Tak też zrobiliśmy my. Wybraliśmy się z taksówkarzem pod stację kolejki linowej, która zawozi pod monastyr usytuowany wysoko w górach, dokąd prowadzi tylko jedna, żwirowa droga. Ale poza drogami, infrastruktura dookoła Tatevu nie ma sobie nic do zarzucenia. Budynek z kasami biletowymi, taras widokowy, kolejka linowa – wszystko to wybudowane na styl europejski. Jak się później okazało, kolejka została zaprojektowana i wybudowana przez austriackich inżynierów. Przez to od razu kolejka wydała się pewniejsza i bezpieczniejsza. Znając podejście do życia Ormian, każdy miałby małe obawy, wsiadając do wagonika najdłuższej kolejki linowej na świecie.



Po przejechaniu kilkunastu metrów ziemia jest już bardzo daleko w dole, a przed nami roztacza się cudowny widok na góry i małe osady w oddali. Przewyższenie wynosi ponad trzysta metrów. Ale podróż jest bezpieczna i przyjemna, a uroku dodaje jej głos angielskiego speakera z głośników. Mówi „Welcome to the Wings of Tate”, jakby czytał powieść Tolkiena. Po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Pod monastyrem chodzą osiołki, na jednym jedzie starszy pan. Prawie jak w Himalajach. Szkoda, że akurat jest pochmurnie, przez co nie można zobaczyć gór w całej okazałości, ale przynajmniej sam Tatev prezentuje się jak na zdjęciach. Tylko ludzi jest znacznie więcej…
Droga powrotna nie była już taka „europejska”. Niestety przejechanie się krętą żwirową górską drogą nas nie ominęło. Spod monastyru zabrał nas taksówkarz swoim samochodem bez pasów i jechał wąską dróżką w armeńskim stylu. Nieraz kurz z drogi wszystko przysłaniał. Na szczęście i tą drogę pokonaliśmy bezpiecznie, ale nie była to ostatnia emocjonująca podróż w Armenii. W zasadzie każda kolejna była szalona. Tacy już są ci kaukascy kierowcy. Dopiero droga z lotniska do Katowic była spokojna i… nudna. Bo jednak te w Armenii czy Gruzji są zawsze pełne wrażeń.
Po spędzeniu jeszcze jednego dnia w Goris opuściliśmy region Sjunik, a krajobrazy znowu całkowicie się zmieniły, choć wciąż pozostawały niezwykłe, ale o tym już możecie przeczytać na moim blogu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz