sobota, 4 lipca 2015

Kwietniówka Wschodniobałkańska 2015. Część 6 - wołoskie upały, Bran i nocna Sighisoara.

Piątek, 24 kwietnia 2015
Budzimy się o 8. Od razu chcę sprawdzić, czy za górką w pobliżu nie ma drugiego obszaru wulkanicznego (pierwszy zwiedzaliśmy wczoraj). Wychodzę na czczo na górę (stroma; zajmuje mi to jakieś 15 minut w jedną stronę) i oglądam z dosyć daleka Vulcanii Noroiosi de la Paclele Mici, nic nie płacąc za wstęp; po obejrzeniu tego, co trzeba było obejrzeć, schodzę.



O 9 jestem na dole, jemy śniadanie. Ostatecznie wyjeżdżamy 9.30; idziemy "oficjalnym" wejściem do wulkanów (które znajduje się circa 1,5 km od miejscówki). Opłata taka sama jak wczoraj, płacimy w EUR. Paclele Mici nie da się opisać za dobrze słowami (przynajmniej ja nie umiem); zdjęcia lepiej oddadzą ich piękno.



















Wczoraj musieliśmy mieć naprawę; naszym celem jest średnio atrakcyjne miasto Buzau, położone 35 km dalej. Może tam będą mieć kolektor... przywożą go po jakiejś godzinie od dojechania do sklepu z częściami. Kolejna godzina schodzi na naprawę auta (Tata robi to sam), w końcu robi się 14, a my ciągle w Buzau. Na szczęście jest wifi, więc jakoś to leci... tak czy inaczej trochę po 14 ruszamy.




Jedziemy trochę okrężną drogą, nadrabiając jakieś 40 km - zasada niejeżdżenia tą samą trasą - przez upalne Ploiesti, najdalej wysunięty na południe punkt wyprawy (tu zatrzymujemy się w centrum handlowym na pizzę z naprawdę ohydnymi oliwkami). Za Ploiesti mijamy Sinaię, Predeal (górskie kurorty, coś a la Krynica&Muszyna) i wjeżdżamy do Branu. W Branie jesteśmy o 18.30; jest tam "zamek Draculi" (tak naprawdę Draculi nigdy tam nie było, a jego prawdziwą siedzibą jest Poienari, gdzie byliśmy w ubiegłym roku).

Sam zamek... dobra, powiem uczciwie, można sobie darować. Szczyt komercji, dosyć mało straszny; jechać tam specjalnie nie warto. Dużo bardziej 'draculowa' jest twierdza w Rasnovie (która przez większość swoich czasów służyła okolicznym ludziom jako schronienie w razie niebezpieczeństwa).









W Branie spotyka nas jeszcze jedna, niefajna (i w ogóle niebałkańska) sytuacja. Parking jest płatny, facet, zamiast nam powiedzieć, że zamek jest zamknięty, oczywiście ściąga haracz za postawienie auta (jakieś 5 RON/godzina). No trudno...

Z Branu wyjeżdżamy po godzinie, nie jesteśmy nim zachwyceni. Postanawiamy jechać w kierunku Węgier, bo już w niedzielę musimy być w Polsce. Jedziemy przez Brasov (ponoć rumuński Kraków, my traktujemy go tolko tranzit) do Sighisoary. W mieście jesteśmy o 21.30; mimo, że byliśmy tam już w ubiegłym roku, zwiedzamy. Nocą miasto wygląda zupełnie inaczej, jest ciekawsze i nieco bardziej klimatyczne.









O wpół do jedenastej wieczorem opuszczamy Sighisoarę i kierujemy się na Turdę, oddaloną o 120 km od Sighisoary. Do Turdy nie dojeżdżamy tego dnia; śpimy 15 km wcześniej, w miasteczku o nazwie Luna, koło jakiejś wojskowej bazy lotniczej.


Przejechaliśmy 467 km.

S.

2 komentarze:

  1. Wow ale pięknie! Niesamowite miejsce :)Zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było pięknie :) tylko które jest niesamowite? ;)

      Usuń