sobota, 16 stycznia 2016

Loty krajowe oczami polskich blogerów podróżniczych

W związku z tym, że niedawno leciałem krajowo po raz pierwszy (Kraków - Warszawa), to postanowiłem zaprosić do współpracy część polskiej blogosfery podróżniczej. Krótko mówiąc, poprosiłem blogerów podróżniczych (a raczej blogerki - bo tak się złożyło, że występują tu same dziewczyny ;) ) o to, żeby opisali swoje doświadczenia z lotami krajowymi.



Ewelina z bloga One Way 2 Freedom ma dość spore doświadczenie w krajówkach w Polsce, Włoszech, Brazylii i Meksyku:

Na temat Polski wypowiada się tak:

"Często latałam Ryanairem na trasie Wrocław-Warszawa Modlin, płacąc za lot 39zł w jedną stronę. Lot zazwyczaj trwał 30-40 min maksymalnie i nigdy nie był opóźniony. Ryanair wszyscy znają, znacie pewnie też ich cudowne zdrapki, ale jeden z wielu lotów najbardziej utkwił mi w pamięci, kiedy to steward-żartowniś próbował wkręcić pasażerów, że wygraną będzie np. trabant z rocznika x albo chełm znanego żołnierza. Możecie sobie wyobrazić miny ludzi na pokładzie. Dialog prowadził przez około 15 minut - niemało, po czym stwierdził, krótko mówiąc, że żartuje :-).
Ponadto leciałam też na trasie Warszawa Modlin-Gdańsk i Gdańsk-Wrocław, często widząc te same twarze.

Miałam okazję lecieć swego czasu Eurolotem na trasie Warszawa-Poznań w sprawach biznesowych. W samolocie same szychy i biznesowe towarzystwo, usłyszałam, że niektórzy z nich to tak codziennie do pracy :-). Na pokładzie darmowa prasa, napoje i snacks. Ale zbyt punktualni to nie byli."

Latała także narodowymi włoskimi liniami po Włoszech:

"Lot Alitalią na trasie Lamezia-Milano, ok. 1h, wszystko sprawnie i punktualnie, ale miałam wrażenie, że stewardessy pracowały na pokładzie za karę. Standardowo darmowa prasa, napoje i snacks."

No i oczywiście Ameryka Łacińska - Brazylia + Meksyk. I tam się do tej pory włóczy ;)

TAM [Brazylia]

"Lot na trasie Fortaleza - Sao Paulo, trwał około 3,5 h. Samolot zdecydowanie większy niż Ryanairowskie Boeingi. Okazało się, że jeden ze stewardów był Włochem, więc ciągle do nas zagadywał. :-) Na  pokładzie powitano nas cukierkiem, później zaserwowano napoje i kanapkę. Dzięki małym telewizorkom mogliśmy zobaczyć, ile zostało do celu. Obsługa na bardzo wysokim poziomie.
Kiedy odprawialiśmy nasze plecaki, mieliśmy przyjemność trafić do bardzo nieogarniętej Pani, która
oczywiście nie mówiła po angielsku (to takie normalne w Brazylii), jej młodsza koleżanka ją podsiadła, żeby ogarnąć temat. Jeszcze nigdy nie drukowano nam tak długo biletów - zajęło to około 20 minut, a moja anielska cierpliwość powoli się kończyła. :-)"




AZUL [Brazylia]

"Nasz ostatni krajowy lot w Brazylii na trasie Manaus (środek Amazonii) - Fortaleza. Lot trwał
zdecydowanie za długo, było też międzylądowanie w Belem. Podróż trwała około 6h. Poza tym, że
samolot był bardzo ciasny i jeszcze mniejszy niż Ryanair, to trasa przebiegła sprawnie i punktualnie.

Przed każdym lądowaniem i startowaniem niegrzecznie nas budzono, szturchając i wymagając od
półsennych ludzi składanie siedzenia, które i tak było bardzo niewygodne! Napoje za free podane x 2, przekąski w postaci chipsów, muffinek, ciasteczek. Były też malutkie telewizorki, które umilały podróż nocnym markom: telewizja Sky, muzyka itp."



AEROMEXICAN [Meksyk]

"Lot na trasie Mexico City - Monterrey. Trwał około 1,5h, o ile dobrze pamiętam wylądowaliśmy nawet przed czasem. Samolot bardzo mały i ciasny, coś jak te z Ryanair. Dużo biznesmenów w garniturach.
Podawano napoje i ciasteczko. Była też darmowa prasa, nawet w języku angielskim."


Natomiast Ola (Merecz On The Go) opowiada o lataniu krajowym w Chinach. Żeby było śmieszniej, leciała również... pociągiem ;)

"Bez większych ceregieli można teraz przemierzyć Chiny wzdłuż i wszerz szybkimi kolejami. Ale w 2013 nie było jeszcze szybkiej kolei z Szanghaju do Hongkongu. Więc opłacało się polecieć samolotem. I polecieliśmy – nasza 4-osobowa wówczas rodzina Merecz on the go. Bilety na samolot linii Hong Kong Airlines na 30 lipca kupiliśmy jużbędąc w Chinach – przez internet, za pośrednictwem serwisu Tripsta.

Na lotnisko Pudong w Szanghaju pojechaliśmy, właściwie... polecieliśmy – co samo w sobie stanowiło nie lada atrakcję– jedynym na świecie komercyjnym pociągiem mknącym bez kontaktu z matką-Ziemią– czyli trochę jak samolot – mianowicie Maglev na poduszce magnetycznej. Maglev jest skrótem od „magnetic levitation”. I jako że pędziliśmy poza godzinami szczytu, pociąg osiągnął ponad 430 km/h! Czad, nie? (w godzinach szczytu leci ok. 300 km/h).

Więc podróż z centrum Szanghaju na lotnisko, czyli ok. 30 km, zajęła nam siedem minut z hakiem.

Połączenia lotnicze między Szanghajem a Hongkongiem – najgorętszą trasą w Chinach – obsługuje sporo chińskich przewoźników (Air China, China Eastern, China Southern, Xiamen Airlines, Shanghai Airlines, Shenzhen, Dragonair, Spring, Junjao i inne), ale my zdecydowaliśmy się, prawdopodobnie powodowani podświadomie zaufaniem bardziej do marki „Made in Hong Kong” niż„Made in China”, na linie Hong Kong Airlines.

Lot Szanghaj - Hongkong (ok. 1300 km, 2,5 h), Hong Kong Airlines. Dorośli po ponad 700 zł, dzieci po ponad 500 zł. Nie był to bilet z kategorii „kompletny golas”, gdzie już nic nie można zmienić. Miał pewną elastyczność w postaci możliwości zmiany rezerwacji (a nawet, co wydaje mi się ewenementem, zmiany nazwiska podróżnego!) za opłatą 125 zł od osoby.

No więc samolot wystartował o czasie, a w nim my z całym naszym podróżniczym dobytkiem oprócz kilku centymetrów sześciennych gazu propan-butan... A było to tak. Na lotnisku Pudong przeszliśmy skrupulatną kontrolę, co zresztą nie dziwi, bo w Chinach nawet na stacjach metra w miastach bagaże są prześwietlane. No więc, gdy doszliśmy do kontroli bagażu, zawołano mnie przez megafon i poproszono do stanowiska, gdzie, jak się okazało – już nadana przez nas jako bagaż w części towarowej samolotu – walizka leżała otwarta, a z jej czeluści wyciągnięto... dwie zapalniczki! Jedna zaintrygowała kontrolerów kształtem. A był to kształt granatu ręcznego, tyle że w miniaturce – wysokości może 2,5 cm. Ta zapalniczka została bezapelacyjnie skonfiskowana. Ale była też druga – w klasycznym kształcie zapalniczki, za to z wizerunkiem karabinu AK-47 trzymanego przez chińskiego żołnierza. I ta zapalniczka także miała wylądować w koszu. Ale się uparłam, że o co cho!?! Po zawołaniu przełożonego i krótkiej, acz intensywnej wymianie zdań, chińscy celnicy zdecydowali się przepuścić zapalniczkę, ale bez gazu. I komisyjnie gaz z zapalniczki wypuszczono!

Sam lot był przyjemny, mimo niedługiego czasu lotu, zaserwowano posiłek, a stewardessy i stewardzi byli bardzo mili. Samolot wylądował w Hongkongu bez przeszkód. Żałowałam tylko trochę, że to już nie czasy legendarnego lotniska na jednej z wysp wewnętrznych Hongkongu – jak to jeszcze było w latach 90-tych, gdy samoloty lądowały między wieżowcami. Teraz nowe, duże lotnisko znajduje się na jednej z wysp z dala od aglomeracji. Z lotniska do centrum popędziliśmy czerwoną taksówką.

(praktyczna wskazówka: samoloty do Hongkongu odlatują z chińskich lotnisk z terminali międzynarodowych, a nie krajowych – ot, pozostałość po czasach, gdy Hongkong był brytyjski (a Macau portugalskie, bo samoloty do Macau – dziś części Chin – także odlatują z terminala międzynarodowego).)"

Emilia (Emi w drodze), mieszkająca w Indonezji, dosyć często po niej lata, bo to po prostu spory kraj z wieloma wyspami. Do jednej z indonezyjskich linii (zgadnijcie, której! ;) ) i większości tras dość skutecznie mnie zachęciła ;)



"Regularnie latam na odcinku Dżakarta-Yogyakarta, który obsługują dobre linie lotnicze (Air Asia czy Garuda Indonesia - jako jedyna indonezyjska linia nie znajduje się na europejskiej czarnej liście, została też wybrana najlepszą regionalną linią świata). Latanie do odleglejszych części kraju przyprawia mnie czasem o gęsią skórkę. Lion Air słynie z opóźnień. Nie zdarzyło mi się jeszcze polecieć z nimi na czas. Inne lokalne linie niekoniecznie przejmują się jakimikolwiek środkami bezpieczeństwa. Zajmując miejsce w fotelu nie ma się wcale poczucia, że załoga jest dobrze przeszkolona i wie co robić w razie komplikacji. Co chwilę słyszy się tu o małych samolotach rozbijających się gdzieś w dżungli. Czasem nawet nie jest znana liczba ofiar, bo nikt nie liczył, ile osób wchodziło na pokład.

Indonezyjczyków jest dużo. I dużo się przemieszczają. Na ogół zakup biletu dzień przed wylotem nie stanowi problemu i kosztuje tyle samo, co przy rezerwacji z wyprzedzeniem, ale w okolicach świąt i wakacji bilety wyprzedane są dużo wcześniej. Na Jawie zapotrzebowanie na nowe połączenia jest większe niż pojemność lotnisk, co owocuje pozwoleniami na lot wydawanymi na czarno. Niedawno głośno było o rozbiciu się samolotu Air Asii lecącego z Surabai do Singapuru. Po przeprowadzeniu dochodzenia okazało się, że nie miał on prawa znaleźć się w przestrzeni powietrznej w danym czasie i miejscu. Po tym wypadku przeprowadzono szczegółowe kontrole i (ponoć) ograniczono ilość pozwoleń na loty.
Loty w porze deszczowej często utrudniają tropikalne burze – te przerażają mnie najbardziej, bo to niemal gwarancja turbulencji.



Są też wulkany! Planując podróż po archipelagu trzeba liczyć się z tym, że utkniemy gdzieś nawet na tydzień. Tylko w ubiegłym roku lotnisko na Bali było zamykane kilkanaście razy przez erupcje pobliskich Raung i Rinjani. Lotnisko w Yogyakarcie od czasu do czasu przykrywa gruba warstwa wulkanicznego pyłu – kiedyś obserwowałam jak drobny pył zamiatano z płyty lotniskowej zwykłymi miotłami. Niezbyt dokładnie. Kiedy wylatywałam z niego pierwszego dnia po otwarciu i pył wciąż fruwał po okolicy, miałam stracha, że jest i w turbinach silników.
Czego złego by nie mówić o standardach indonezyjskich linii lotniczych, niektóre z tras są naprawdę widowiskowe! Mój ulubiony odcinek to Yogyakarta-Bali, podczas którego nad chmurami zobaczyć można kilka wulkanów – niektóre naprawdę blisko!"

Natomiast Martyna (Life in 20 kg) była... odprawiona jako członek załogi na Ukrainie, podczas lotu z Kijowa do Doniecka. Ciekawe, czy teraz by to zadziałało ;)

"Latem 2009 leciałam służbowo na Ukrainę, do Doniecka, LOTem i Aerosvit. W Gdańsku na lotnisku powiedziano mi, że nie mogą mnie odprawić od razu do Doniecka, jedynie do Kijowa. Na lotnisku w Kijowie miałam się odprawić na domestic flights. Pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja, że nie mogę odprawić się do końca. Stwierdziłam, ok, to przecież nie musi być takie straszne ani skomplikowane.
Wylądowałam w Kijowie, wychodzę z samolotu. Lotnisko od razu sprawiało wrażenie, że nie jest na liście TOP 10 najbardziej zorganizowanych. To był też mój pierwszy lot na Ukrainę, i pierwsza wizyta po wejściu Polski do UE. Zdziwiły mnie te świstki, które trzeba wypełniać przed wjazdem do kraju. Ale co mi tam, nie takie rzeczy w podróży widziałam. Próbowałam się dowiedzieć, czy muszę wyjść z lotniska i wejść przez domestic flights czy może jest od razu jakieś przejście z international na domestic. Pytałam kilku pracowników lotniska. Sukces zerowy - nikt nie wiedział, albo nie chciał wiedzieć, albo miał jeszcze jakiś inny powód. W końcu znalazł się jakiś pracownik, który był trochę bardziej entuzjastyczny i chętny do pomocy. Powiedział mi: 

- "Musi Pani wyjść, tamtymi drzwiami, którymi Pani tutaj weszła i przejść przez płytę lotniska na drugi koniec do budynku domestic flights".
- "Co takiego? Przez płytę lotniska? Przecież tam samoloty lądują, i jeżdżą te wszystkie samochody i pojazdy lotniskowe"
- "Nie ma problemu. Po prostu Pani przejdzie"
No way! Myślę sobie. Takich rzeczy to jeszcze w podróży nie robiłam i raczej się nie zapowiada. Ale daje stoję i nie ma pojęcia co robić. Musiałam wyglądać naprawdę na zagubioną, bo podeszła do mnie stewardessa i zapytała czy może mi pomóc. 
- "O boże, w końcu ktoś chce mi pomóc" - pomyślałam.
Opowiedziałam jej w czym problem, po czym ona odparła, żebym poszła z nią i zostanę odprawiona jako członek załogi samolotu i przetransportują mnie bezpiecznie na domestic flights. 
Wow! Tego jeszcze w podróży nie robiłam. Odprawiona jako członek załogi! Poszło sprawnie, żadnych dodatkowych pytań. W jednym kawałku z całym bagażem dotarłam tam gdzie miałam i czułam się bezpieczniej. Zachodziłam w głowę czy tamten koleś rzeczywiście mówił serio, żebym przeszła przez płytę lotniska, czy może ja go po prostu źle zrozumiałam. Lądując na lotnisku w Doniecku wiedziałam już, że problem nie był w moich zdolnościach językowych. Samolot zaczyna kołować a na płycie lotniska stoją ludzie, rodziny i znajomi moim towarzyszy podróży, czekający aby ich odebrać. Z płyty lotniska (!) bagaże zostały wrzucone na naczepę jakiegoś traktora i każdy pasażer musiał znaleźć tam swoją walizkę i ją własnoręcznie z tej naczepy zabrać. Samo lotnisko w Doniecku wyglądało jak stary Dworzec Warszawa Wschodnia przed remontem."

A Maja (Traveling Rockhopper) latała po Falklandach. Jak sama mówi, raczej "latającymi taksówkami". Po tym opisie od razu zachciało mi się tam jechać ;)

"Falklandy to odległe wyspy na dalekim południu Ameryki Południowej. Charakteryzują się tym, że żyje tam więcej pingwinów niż ludzi, czyż nie brzmi to niesamowicie?
Falklandy składają się z wielu małych wysepek, a żeby dostać się z jednej wyspy na drugą, trzeba skorzystać z lokalnej linii lotniczej. Odwiedziłam różne wysepki, więc miałam okazję kilka razy z nimi lecieć i mogę z pewnością stwierdzić, że jest to najbardziej wyjątkowa linia lotnicza!



Nazwałabym ją raczej latającą taksówką... Nie ma ona normalnego planu lotów, tylko każdy sobie wybiera w jaki dzień i dokąd chce polecieć, informuje ich o tym, dostaje kosztorys i czeka... Dzień przed lotem, w radiu pojawia się informacja, o której godzinie jest nasz lot.

Następnego dnia przyjeżdżamy na "lotnisko", jesteśmy ważeni razem z całym naszym bagażem, i lecimy. W trakcie lotu można podziwiać takie piękne widoki jak na zdjęciu.




Zdarzyło mi się kilka razy, że byłam jedynym pasażerem w samolocie - wyobrażacie to sobie? 

Na drugim zdjęciu widzicie - jaki "ogromny" jest ten samolocik. Z tej racji, jeden pilot wystarcza. Miałam kilka razy to szczęście, że pilot pozwolił mi siedzieć obok siebie podczas lotu, więc byłam "drugim pilotem". :D



I jeszcze jedna zabawna historia. Tylko główna wyspa na Falklandach posiada prawdziwe lotnisko, a na pozostałych wystarcza w miarę równy pas lądu. Przed przylotem samolotu należy oczyścić ten "pas startowy" z owiec. Więc, zdarzało się, że przeganialiśmy owce, a następnie informowaliśmy pilota, że może już lądować.





Czy znacie bardziej niesamowite miejsce?"



Kolejny artykuł (ostatni z tej serii) o lotach krajowych ukaże się pewnie ok. 20 stycznia. Stay tuned!

Zdjęcia przesłane przez część autorek (Maję, Emilię i Ewelinę). Collage wykonany przeze mnie z tychże zdjęć ;)

Może zainteresować Cię też:

Popełniłem już kilka gościnnych postów, czyli przedstawiłem inny niż mój punkt widzenia w tym serwisie. Jeśli chcesz dowiadywać się o tym, co u mnie i o moich podróżach na bieżąco, dołącz do grona czytelników na FB (https://www.facebook.com/zamiedzaidalej).

S.

16 komentarzy:

  1. Widzę, że nie tylko ja miałam przygody podczas lokalnych lotów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie blogerzy mają zazwyczaj ciekawe przygody ;)

      Usuń
  2. Wyszło ciekawe zestawienie, w szczególności dla takiej osoby jak ja, która nigdzie nie lata, ale może się zainspirować na przyszłość, bo kto wie co przyniesie los. Najbardziej rozbroiła mnie historia o odprawieniu jako członek załogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To odprawienie jako członek załogi rzeczywiście fajnie brzmi. Chyba jak będę lecieć jakąś krajówką na Ukrainie, to postaram się o to na Boryspolu ;)

      Usuń
  3. A ja w sumie tez leciałem lotem krajowym - Z Moskwy do Irkucka. W sumie niczym się to nie różniło od lotów międzynarodowych. Jedynie nie kontrolowali przy lądowaniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i pieczątki w paszport nie można było dostać ;)

      Usuń
  4. Najgorsza krajówka, jaką lecieliśmy, był - dość paradoksalnie - australijski przelot z Sydney do Perth tanimi liniami. Dosłownie stary autobus ze skrzydłami, podczas startu kabina ulegała takim zmianom ciśnienia, że o mało nie popękały nam bębenki :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nieźle. Aż bym się przeleciał ;)

      Usuń
  5. W Polsce chyba raz leciałam krajowym, do Gdańska. Ale w Azji latałam na krótkich dystansach AirAsia i zaskoczeniem było brak 13 rzędu i że puszczali taką parę aby nawilżyć powietrze a wyglądało jak pożar ;-))

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja lokalnie latałem w USA chyba 2 razy, ale to takie odległości, że jak międzynarodowo;) Chyba jeszcze na Ukrainie raz. Ale obyło się bez jakichś większych przygód.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy lot jest fajny, nawet ten bez przygód. Albo inaczej: każdy ma swój urok ;)

      Usuń
  7. Ja czasem latałam z Gdańska do Wawy LOT-em. Żadnych wygód, jakieś 3 stówki za bilet i nawet wafelka Prince Polo w wersji mini nie dali :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na szczęście teraz lata z Modlina Ryanair i nie trzeba tyle bulić :) zresztą ciekawe, czemu z Gdańska do Wawy wafelków nie dają, a z Krakowa do Wawy - już tak. Może krakowianie/biznesmeni (bo to też trasa biznesowa) mają wyższe wymagania? ;)))

      Usuń
  8. dobry post! mam pytanie, co do Modlina: jak się tam dostajecie spoza Wawy? bo planuję lecieć z dwoma maluszkami i jedyny pomysł, jaki mi podsunęła kumpela, to dojazd z transportmodlin.com, żeby było wygodnie, spod domu pod terminal ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja z Modlina jeszcze nie latałem (mam trochę nie po drodze)... spróbuj tego transportmodlin :)

      Usuń