sobota, 12 marca 2016

Wzdłuż wybrzeża Adriatyku - Albania i Czarnogóra. Plus kozy na granicy.

Ciepło. Budzi mnie ciepło. Trochę za gorąco jak dla mnie, ale da się wytrzymać. Zaraz po śniadaniu (albańskie winogrona i inne owoce - pycha!) idziemy na plażę (piaszczystą!); zbieranie muszli, pływanie w dość płytkiej, ale bardzo przejrzystej wodzie, i tym podobne sprawy zajmują nam jakieś 3 godziny. Ruszamy w drogę o 11.




Niestety, jak ostatni kretyni zapominamy, że nie byliśmy wczoraj na Rodonicie, który ponoć jest bardzo ładny i widokowy; od razu jedziemy na północ, w stronę Czarnogóry (a nie na Rodonit). Dosyć szybkie tempo (które średnio lubię), ale jest sobota, a w piątek musimy być już w Polsce. Jedziemy przez Fushe-Kruje i Lezhe.

Następnym punktem miał być Shkoder, ale temperatura prawie 40 stopni, słońce daje czadu... zjeżdżamy do jakiegoś jezioro-zalewu pomiędzy Lezhe i Shkoder. Zejście jest kamieniste, strome i nagrzane... wchodzę do wody. Normalnie dostaję zawału - bo woda naprawdę zimna, czysta i przejrzysta (czego bym się nie spodziewał po pierwszym lepszym jezioro-zalewie) - pierwsza klasa! Nie wytrzymuję tam jednak za długo, bo mimo wszystko w wodzie jest trochę chłodno ;)






Potem szybko mijamy Shkoder (bo już go znamy) i kierujemy się na albańsko - czarnogórskie przejście graniczne Hani i Hotit/Bozaj. Gdzieś po drodze, jeszcze w Albanii, zatrzymujemy się na obiad w knajpce o wdzięcznej nazwie "Lepeja" - to, co zamawiam, okazuje się być żeberkami (nawiasem mówiąc bardzo smaczne), natomiast Tata bierze kebab. Knajpka okazuje się mieć WiFi, więc wykorzystuję to do uzupełnienia profilu na FB.

Jedziemy dalej. O 16.20 dojeżdżamy do głównego przejścia granicznego pomiędzy Albanią i Czarnogórą. Mimo że o głównych przejściach zdanie mamy takie sobie, to nie chcemy jechać tą samą drogą, co wcześniej. (moglibyśmy też udać się do Czarnogóry przejściem w Vermosh, które bardziej by nam odpowiadało, ale jest położone w górach, a chwilowo mamy dość górskich dróg)








Na granicy po albańskiej stronie nawet nie zdążam poprosić pogranicznika o pieczątkę, już puszcza dalej. Za to w Czarnogórze poprosiłem i dostałem! Oprócz tego, po czarnogórskiej stronie, już za kontrolą (ale przed granicą) stoją... kozy (i nie tylko!). Nawet nie próbują przekraczać linii granicznej, tylko grzecznie zostają w swoim kraju ;)

Omijamy Podgoricę od południa i jedziemy na wybrzeże - szybko przecinamy Virpazar i 25 km dalej jesteśmy już nad morzem. Jedziemy przez kurorty (Petrovac, Sveti Stefan, Budva) - nawet się w nich nie zatrzymujemy, bo ani nie są ładne, ani ciekawe - jest tylko bardzo dużo innostrańców i równie dużo hoteli z wysokimi cenami. Uciekamy stamtąd najszybciej, jak to możliwe.









Przed nami Boka Kotorska. Kierujemy się do miasteczka Lepetane, żeby przepłynąć zatokę... prom Lepetane - Kamenari 4,50 euro, do tego dużo turystów. Mimo, że lubię promy, to ten wygląda na wyjątkowo antypatyczny - rezygnujemy. Jedziemy na Kamenari... nadkładając 40 km drogi, żeby objechać całą bokę. Na początku jedziemy przez kurorty (dobrze, że te, w odróżnieniu od Budvy czy Sveti Stefan, jakoś wyglądają), a później znaną nam już drogą objeżdżamy całą zatokę. Po drodze robimy sobie postój na łażenie starymi uliczkami Risanu + lody - należą się, ciągle gorąco. A co! ;)

Później mijamy już tylko Kamenari, Herceg Novi (tankowanie), gdzie skręcamy w stronę granicy z Bośnią, żeby znaleźć miejsce do spania - najlepiej z widokiem na bokę z góry! No, niestety, nocnego widoku z góry nie mamy, bo śpimy... w lasku koło ogródków działkowych. Cykady grają, a my zasypiamy w świetnych nastrojach :)







Czarnogórę i Albanię odwiedziłem do tej pory dwukrotnie. Wybierasz się tam? Przeczytaj moje artykuły o nich (CzarnogóraAlbania). A jeśli chcesz dowiadywać się o, co u mnie i o moich podróżach na bieżąco, dołącz do grona czytelników na FB (facebook.com/zamiedzaidalej).

S.

4 komentarze: