środa, 21 grudnia 2016

Libuchora - wrzesień 2016

Wyjazdy na Ukrainę z Henrym mają już swoją tradycję i odbywają się według schematu, ale mimo to każdy wyjazd jest inny. Tym razem także było inaczej pod każdym względem. Tak samo chciałbym tę relację napisać inaczej, niż wszystkie pisane do tej pory. Jeśli pozwolicie, nie będę opisywał poszczególnych dni, wtedy zaczyna wiać nudą. Chciałbym opisać najciekawsze fragmenty każdego dnia, nadając im tytuł.
Poza tym, celowo nie zabrałem aparatu, żeby skupić się na swoich obserwacjach i przemyśleniach, zatem będzie samo słowo pisane. Nie wiem, czy wytrzymacie do końca, ale postaram się Was nie zanudzać.



3, 2, 1, START!


Pogoda zaczyna się stabilizować, więc jest szansa na udany wyjazd, zatem trzeba się przygotować, bo jutro w drogę. Freda sprawdziłem wcześniej, uzupełniłem olej, przykręciłem urwane lusterko i osłonę z Tukana (wreszcie udało mi się to zrobić, wiem, Tukan był w maju, ale w życiu są rzeczy ważne i bardzo ważne, akurat osłona chroniąca silnik podczas jazdy poza Ukrainą była jedynie ważna). Dokumenty, paszport, ubezpieczenie i Zielona Karta – cholera, zwykle z ubezpieczenia dzwoni miła Pani i mówi że się skończyło, a tu cisza. OK, jutro z rana się załatwi. Teraz tylko przegląd. Wiem, że jest do 21, czyli jeszcze jakieś 1,5 godziny luzu. Fred nie jest nowym motocyklem, ale przegląd przechodzi wzorowo, nawet lampę ma dobrze ustawioną, co mnie zdziwiło, bo sam to robiłem na tzw. oko.

Kilka zdań i 63 PLN, jest pieczątka – jeden kroczek do przodu.
Wieczorem Wichur dociera na nocleg wcześniej niż ostatnio. Gadanie i kima, rano trzeba wstać.
Około 8 rano wspólnie z Wichurem lecimy do ubezpieczalni oddalonej o 20 km. Temat potoczyłby się sprawnie, ale okazuje się, że nie ma druczków zielonej karty z tego ubezpieczenia, z którego jest polisa, za inną trzeba zapłacić 350 PLN – nie ma mowy. I tak ubezpieczenie OC wzrosło z 99 PLN do 130, wszyscy mówią, że to z powodu programu 500+. Nie chcę o tym myśleć, bo czas nagli. W końcu udaje się wyrwać zieloną kartę z innego towarzystwa za free, z obietnicą, że po powrocie dokonam jej zwrotu.
Wiem, Henry pisał wiadomości przypominające duuużo wcześniej, widać za wcześnie, bo i tak większość zagląda w papiery dzień przed wyjazdem. Na szczęście żyjemy w takim kraju, że można te formalności załatwić „od ręki”.

Tankowanie i ogień na tłoki, a banan na twarz. Jedziemy bocznymi drogami, lądujemy koło Tarnowa, jest OK. Potem autobaną dokąd się da na wschód – reszta ekipy już się zbiera.
Spotkanie w Ustrzykach, krótkie pogaduchy i granica. Następnie bez większych kłopotów i o dziwo bez szperania w kuferkach jedziemy dalej, jedynie pytanie od ukraińskich pograniczników, czy mamy noże – oczywiście nie, ależ skąd, w żadnym wypadku, jedynie jakieś scyzoryki, hi, hi.

Jest prawie komplet:
1.      Henry – znany, szanowany, lubiany
2.      Toper – ostry zawodnik nie tylko na dwóch kółkach
3.      Wujas – oaza spokoju i taktu na ukraińskim gruncie
4.      Artur – trampkarz pełną gębą, mimo iż jeździ Yamahą
5.      Małyszek – tym razem jako dumny właściciel BMW, ale w góry nie pojechał
6.      Wichur – posiadacz Remingtona – Uważajcie!!!
7.      KJU – autor tych wypocin

Niestety Dalti z powodów kłopotów technicznych swojej maszyny nie dojechał, a szkoda, bo chciałem go poznać.

Za granicą kolejny szok. Jak 2 lata temu byłem zszokowany kiepską jakością dróg, tak teraz jest odwrotnie. Świeżutki asfalcik, aż manetka gazu jakoś samoczynnie się odkręca, pobocza w trakcie układania. Znak czasu, Ukraina się zmienia. Droga ze Starego Samboru do Boryni została pokonana bardzo szybko, ponadto zabrane z Polski gogle stały się bezużyteczne w większości przejazdu. Jedyne, co zwraca uwagę, a jednocześnie staje się niebezpieczne, to brak nowej warstwy asfaltowej na mostach, widać mosty należą do innej jednostki organizacyjnej, która akurat ma wielką dziurę w budżecie, lub inne plany inwestycyjne.

Przystanek przy drogowskazie do Libuchory okazuje się niezbyt fajny, gdyż Wujas stwierdza mało powietrza i kapcia w tyle swojej czerwonej rakiety.

Dalsza droga nie jest jakaś szczególnie uciążliwa i ostatnie 10 km mija jak z bata strzelił. Wbijamy na podwórko gospodarzy bez większych ceregieli, potem żarełko, wódeczka i kima.
To był męczący dzień, ale bardzo udany, wszyscy dojechali w jednym kawałku i w pięknym jesiennym słońcu, uśmiechy nie schodzą z twarzy uczestników – jest super.


Żarełko


Jednym z powodów, dla których ludzie udają się w podróż, jest kosztowanie obcych smaków – jak zwykle pobyt w Libuchorze nie obył się bez smakowania ichniejszych dań.
Podczas pierwszego posiłku był standard: zupa ziemniaczana i jakaś kasza. Po dodaniu trochę soli i pieprzu można było zjeść. Następnego dnia wstajemy niezbyt wcześnie i niech ktoś zgadnie, co było na śniadanie, potem na obiad i kolację. Cóż: ... ziemniaczki. Jak w poprzednich wizytach mawiał Stasiek Dłubacz, mniam, mniam, ziemniaczki, ale pyszniutkie...

Wyobraźcie sobie, jak kolejno pozostali uczestnicy oddają nietknięte talerze, nawet Henry z miną bardzo wymowną oddał swój talerz gospodyni. Uljana jest młodą matką, jej uwaga jest pochłonięta huśtaniem do sufitu swojej córki Aneczki, a nie jakimiś fochami „Paljaków, co nie lubieją kartoszków”. Przełom nastąpił w środę, kiedy Uljana przygotowała ciastko, mniam, mniam.
W potem było pysznie i smacznie – i tak do końca. Żeby doszło do tego stanu, potrzebna była interwencja Henry’ego u gospodyni.


Nabożeństwo


Muszę opisać swoje wrażenia z uczestnictwie w nabożeństwie prawosławnym, na którym byłem po raz pierwszy – mam nadzieję że nie ostatni.
Z dzieciństwa pamiętam, jak babcia opowiadała, że jak się chodzi do cerkwi, to na czas palenia się świecy. Tak, żyłem długo w takim przeświadczeniu, ale co tam. Do rzeczy. Nabożeństwo zaczynało się o 11, weszliśmy trochę po rozpoczęciu. Podobnie jak w naszych kościołach, wyjścia są oblegane, nie wiem dlaczego, tak się dzieje, może to głos rozsądku podpowiada, że w razie pożaru łatwiej będzie uciekać z drewnianej budowli – im bardziej w głąb to luźniej, zatem wbijamy na przód przed sam ikonostas (część ichniejszego ołtarza). Nie muszę pisać, że tam dominuje złoto, figury patrzą srogim wzrokiem, jakby miały udowodnić, jakim jesteś małym człowieczkiem. Archanioł Gabriel ze swoim ognistym mieczem, przypomina co chwilę o sprawiedliwości niebieskiej.

Dziwi mnie fakt, że od frontu stoją same kobiety, mężczyźni i młodzieńcy okupują chór, stojąc jakieś 3 metry wyżej względem innych uczestników. Chyba tylko po to, aby od tyłu i z góry podziwiać kobiałki. A było co podziwiać. Wśród dojrzałych kobiet stały dziewuszki o łagodnych rysach twarzy, niebieskich oczach i długich, gęstych włosach. W obrządku wschodnim kobiety zakrywają chustami swoje włosy, aby ukryć je przed męskim wzrokiem. Właśnie same chusty zdobione kolorowymi cekinami i innymi ozdobami dodają uroku takiej osobie. Niektóre tkane z delikatnych nici niczym sieć pajęcza, przykrywają głowy, są także zwykłe chustki z byle jakiego materiału made in China, pewnie zależy to od zasobności portfela gospodyni, a raczej gospodarza.

Pop odprawia nabożeństwo po ukraińsku, teraz w 80% jest to dla mnie zrozumiały język, zwłaszcza jak ktoś mówi powoli i wyraźnie. Wracając do cerkwi, tam można się poczuć jak w przedsionku nieba, jest pięknie, uczta dla oka i ucha, ponieważ wszystkie słowa są wyśpiewywane. Kto nie był, niech żałuje. Odnośnie palenia się świec i długości nabożeństwa – tak, to prawda, tylko że jest jedna nieścisłość z relacją mojej babci, świeczek jest chyba 287 i są takie cienkie jak damski papieros, one palą się bardzo szybko i takich kompletów świeczek spala się kilka. Jest człowiek, którego zadaniem jest właśnie zadbanie o stan świec, nie zgasła mu ani jedna, odpalał jedną od drugiej, jakby ojciec sposobił go do tej czynności od kołyski.

Glonojad


Trochę teorii: Glonojad  – potoczna nazwa przypisywana rybie odżywiającej się glonami.

Ale nie w Libuchorze.
Już piszę, o co chodzi.
Jak zwykle wieczorne chwile spędzamy w markecie o wdzięcznej nazwie „Produkty”.
I jak zwykle pełno ludzi w tym czasie chętnie odwiedza ów sklep, traktują go jak ośrodek rozrywkowo-towarzysko-oświatowo-zaopatrzeniowy. Tak było i tego wieczora. Wujas jako przygraniczny mieszkaniec Ukrainy bardzo lubił dyskutować z lokalnymi babciami i kawalerami, oni wyczuwają nić porozumienia i zachęceni podjętym tematem podtrzymują rozmowę – a jak jest rozmowa, to i goriłka, i tak od słowa do słowa, od uścisku do uścisku, jeden z uczestników tak się rozpłynął nad nim, że chciał go pocałować – i zrobił to.

Stojąc obok, jedynie współczułem Wujasowi takiej sytuacji. Sam widok skojarzył mi się z filmem Gwiezdne Wojny – kiedy wielki Jabba oblizuje księżniczkę Leię na planecie Tatooine. Sam obcałowany na trzeźwo stwierdził, że ten (Ukrainiec) sprzedał mu glonojada, takiego śliskiego, a fuj. Możecie sobie to wyobrazić: śliniący się facet całuje drugiego, który niekoniecznie ma na to ochotę, ale nie wypada mu odmówić, bo może to być źle odebrane. Do końca wyjazdu ta ryba była przywoływana jako stały bywalec lokalu. Nawet Małyszek naśladował ową rybę, ale musiał się wspomóc dość dużą dawką ognistej wody, bo na trzeźwo to średnio mu to wychodziło.


Glonojad 2, zwany pijawką


Była środa, motocykle już zaparkowane, więc wspólnie z Wichurem zaplanowaliśmy gadanie przy piwku, oczywiście w magazynie. Mały spacer i już piwko jest, gadamy. Jest OK, a tu dosiada się jakiś człowiek, inny niż wszyscy. Jakiś dziwny ten Ukrainiec. Zaprasza nas do siebie, że u niego jest wygodnie i jest goriłka. Żeby nie podejmować dalszych tematów, mówię, że nic nie rozumiem, chcę kontynuować temat z Wichurem o jego remingtonie w wersji inox. Nieświadomy następstw wypadków, Wichur stawia piwo gościowi, i się zaczyna. Nic nie można było powiedzieć, ciągle wcinał się w dyskusje i się śmiał, mimo że nie wiedział, o co chodzi. Całe szczęście, że piwko szybko się skończyło –znalazł się powód do wyjścia ze sklepu. Idziemy – on za nami, dochodzimy do furtki, mówimy dobranoc – on za nami. Wchodzimy do pokoju gospodarzy, siadamy za stołem, a on za nami. Ekipa i Uljana patrzą się na niego ze zdziwieniem. Facet zabrał sobie talerzyk (chyba Małyszka) i naszuflował na niego pokaźną porcję sałatki nie pytając się gospodyni o nic. Czuł się jak u siebie w domu. Ekipa zaczęła wychodzić za stołu i szykować się do magazynu na piwko.

Potem glonojad 2 nalał sobie stakanika z postawionej goriłki, podstawia Henry’emu, ten odmawia, Wichur również, ja tak samo, to bach, babkę w piach, gość już się poczuł pewnie. Chciał nam pokazać swoją sprawność fizyczną, prosił o ciszę na skupienie niczym Copperfield, po czym niezgrabnymi ruchami wyjął paczkę zapałek z kieszeni i postawił ją na podłodze. Chwila skupienia, przygotowanie do robienia sztuczki i… podniósł zapałki ustami. Zaczyna się dalszy pokaz, czuję jednocześnie zażenowanie i śmiech. Nie mogłem na to patrzeć, jedynie Toper ze swoim smartfonem uwieczniał jego wyczyny, przygadując mu, jaki to z niego heros i jaka moc w nim drzemie. Jednym słowem na widok tego człowieka telefon sam się pchał do ręki, aby wysłać SMS o treści POMAGAM.

Po kilku minutach intensywnych ćwiczeń na poziomie szkoły podstawowej będących pokazem sprawności fizycznej glonojada, gość zmęczył się. Uff, myślę sobie, już pójdzie w diabły, a tu nie tak łatwo. Dołączyliśmy do reszty ekipy w sklepie i znów ktoś mu postawił piwo (chyba Małyszek) wtedy jego umysł przeszedł w tryb „wodzireja”, bo opowiadając o wcześniejszym glonojadzie wszyscy wybuchali śmiechem, łącznie z niechcianym gościem. Nawet były żarty na jego temat, a on śmiał się jak dziecko, wniosek jest prosty: albo facet ma dystans do siebie, albo nic nie rozumie (stawiałbym na drugi wariant).

Żarty sypały się jak mąka, potem etap – rusz głową, czyli quizy rodem z podstawówki. Impreza na całego, moje piwko się już skończyło, wtedy poczułem zmęczenie. Stwierdziłem, że trzeba opuścić tę wesołą kompanię i udać się na spoczynek. Tak też zrobiłem, razem z Wichurem poszliśmy do gospodarzy kłaść się do swoich łóżek. Nie wiem, ile czasu minęło do wejścia do chałupy pozostałej części Ekipy, ale już bez Glonojada 2.

W izbie Wasia zaczął śpiewać swoje melodie, pozostali wsłuchiwali się, mając wyraz twarzy jakby przenieśli się do zamierzchłych łemkowskich czasów. Najstarszy gospodarz ma talent, ponieważ te melodie są śpiewane ze słuchu, bez żadnych zapisków, o nutach nie wspomnę. Mam nadzieję, że zostanie to pokazane na filmie.



Marusia


Na to hasło przychodzi mi skojarzenie jednoznaczne, film pt. „Czterej pancerni i pies”- umundurowana smukła dziewczyna z długimi włosami o niebywale delikatnej urodzie. Któż by nie znał aktorki Poli Raksy?
Ach, i och jaka fajna dziewczyna sprzedaje w Libuchorskim sklepie. No cóż, okrągła buzia, perkaty nosek i niebieskie, śmiejące się oczy. No fajna, ale jakaś dziecinna i prosta, to nie ta filmowa. Z czasem koledzy namawiali ją, żeby wyszła zza lady i przysiadła się do Ekipy. Po kilku podejściach nawet się udało, nie miała większych oporów, co mnie trochę zdziwiło, bo ostatnia ekspedientka była zupełnym przeciwieństwem Marusi. W ostatni wieczór dyskutujemy coś przed domem, a tu Marusia idzie samotna, Wichur spojrzał wymownie i stwierdził, że noc, dziewczyna sama idzie, może byśmy ją podwieźli. Ponieważ czułem mocny niedosyt jazdy, niewiele trzeba było mnie namawiać, założyłem kask – kurtkę i gotów, Wichur tak samo. Pojechaliśmy w kierunku końca wsi po czym dogoniliśmy Marusię, wsiadła pewnie, jakby nie raz jechała Transalpem, ruszyłem ostro, ale mając na uwadze pasażerkę nie szalałem – bo i po co, nie trzeba mi kłopotów w postaci szpitala na Ukrainie. Dojechaliśmy za mostek na skrzyżowanie na turbazę. Marusia zeskoczyła, podziękowała i poszła w swoją stronę. W drodze powrotnej trochę poszalałem, ciesząc się ostatnimi chwilami w Libuchorze. Potem już był standard. 


Pikuj


Dotarcie na najwyższy szczyt Bieszczadów jest stałym elementem każdego wyjazdu do Libuchory, musi być co najmniej próba, ale nie zawsze jest zakończona powodzeniem ze względu na pogodę. Jak wcześniej pisałem, pogoda była wymarzona, piękne słońce wraz z lekkim wiatrem – było ciepło, ale nie gorąco. Rano pakujemy się i w drogę. Jakoś szybko docieramy na koniec wsi, potem las, podjazd i już jesteśmy na połoninach. Chwila wspomnień, lokalizacja Tarnicy (Artur i Wujas byli tam nie raz i nie dwa): „widzicie ten szczyt, tak, to musi być Tarnica”, wszyscy zrozumiale kiwają głową. Mnie mógłby pokazać każdą inną górkę i nie byłbym w stanie odróżnić – dla mnie one wszystkie są takie same, mimo że wzrok mam dobry. Jazda po starej drodze granicznej (głównym grzbietem) jest fajna, ale jakoś szybko mija. Potem pieczone kiełbaski, boczek (z Polski), cebula i powrót do bazy.
                                                                                                                         

Bulby


Obowiązkowym elementem każdego wyjazdu są ziemniaki pieczone w ogniu, po tamtej stronie zwane bulbami. Zwykle ich jedzenie odbywało się po robocie w polu. Mimo że prac polowych nie było, to nie znaczy że kartofli miało nie być. Wtorek (święto Podwyższenia Krzyża) jest dniem świątecznym, a zatem jest okazja, żeby się napić i zjeść te pyszniutkie ziemniaki.


Pakujemy się i idziemy „na prirodu” – po pokonaniu ostrego podejścia widzimy jak na dłoni fragment wsi wijący się pomiędzy zielonymi górami. Idziemy za wzniesienie i już z daleka widać stałe miejsce na ognisko. Ilja szybko rozpalił ogień i bez ceregieli wrzucał do niego małe choinki. Języki ognia sięgały kilku metrów, nikt nie odważyłby się skakać przez takie ognisko, chyba że Jacek Wszoła w okresie swojej szczytowej kariery sportowej.

Było miło, była fajna gadka szmatka, ktoś zauważył, że jakaś postać się zbliża, miał być to brat Ilji, ale jakiś gruby i niepodobny, po zidentyfikowaniu człowieka okazało się, że to sąsiad Ilji, młody człowiek z rumieńcami na twarzy i blond czupryną. Zagaduje – slawa Ukraini – a tu cisza... konsternacja. Nawet Ilja nic nie mówi, ciekawe, czy dlatego, że był pochłonięty swoim zadaniem, czy z innych względów. Uczestnicy ekipy zaczęli gadać między sobą, nie zwracając uwagi na przybysza. A ten jak najęty zaczął się każdego pytać o to, czy się nie boimy tu przyjeżdżać ot tak sobie. Każdy z uczestników widzi, że facet jest wstawiony – jak to przy święcie i nikt nie chce z nim gadać. Gość widząc, że nikt się nim nie interesuje, zaczyna gadać o piłce nożnej. Czy znamy jakiegoś futbolistę i czy lubimy ten sport. Też jakoś słabo się klei ta gadka. Potem zaczyna się wywód o Ukrainie. W końcu Henry wyrzuca z siebie potok słów, obnażając bałagan w kraju jak i w umysłach tych ludzi. Na końcu dowiadujemy się, że do niego też Paljaki przyjeżdżały, i to z Warszawy. Tak nawiasem mówiąc, całkiem przypadkowo czytałem ich relację (która jest do znalezienia tutaj) - ciekawe spojrzenie na tamte regiony.

Nasz bohater ma na imię Paulo, jest opisany pod koniec całej opowieści (swoją drogą, fajna relacja i spojrzenie na Ukrainę). Cholibka, jaki świat jest mały – a guzik prawda, świat jest ogromny, tylko ludzie się czasem spotykają.

Rozmowy kończą się na temacie poszukiwania pracy przez Paula. Dowiadujemy się o tym, że jest wuefistą w pobliskiej szkole, ale szuka lepszego jutra gdzieś w świecie. Koniec już ziemniaków, chyba wszyscy już się najedli, ognisko dogasa, pogoda się psuje, czyli czas powracać do bazy. Po drodze spotykamy śpiącego pod krzakiem głogu niedoszłego uczestnika imprezy.


MotoMyczki


Miałem zostać w Myczkowcach, ale – zawsze jest jakieś ale, nie mam tyle urlopu, poza tym pogoda była idealna na jazdę, a od niedzieli miało lać. Chciałem sobie sam spokojnie wrócić do domu. Poznałem bliżej Obcego – pozytywnie zakręcony gość. Mimo nawału pracy, jak to przed zlotem, poświęcił mi kilka chwil. Potem, niestety, obowiązki go wzywały. Po zjedzeniu żurku, swoim tempem udałem się bocznymi drogami na zachód. Mijałem po drodze jadących na zlot trampkowiczów, pozdrawiając ich LwG (lewą w górę)! Do Olkusza docieram o zmroku – zmęczony, ale zadowolony, bo kolejny wyjazd okazał się niezwykłą przygodą z niezwykłymi ludźmi w niezwykłym miejscu.


Z perspektywy czasu


Jak sobie przypomnę, jaki szok przeżyłem (mimo wieku), będąc na Ukrainie po raz pierwszy, teraz jakoś mi się wydaje to blisko, góry nie takie wysokie, podjazdy nie takie strome, i w ogóle jakby się wszytko zmniejszyło. Widać we wsi nowe budynki, i to nie drewniane, tylko murowane. Nawet droga przez wieś nie jest taka zła, jak kiedyś ją oceniałem. Muszę dodać, że od tego czasu byłem sześć razy u wschodnich sąsiadów i za każdym razem widzę zmiany. Tak czy inaczej, pewnie to kwestia niedługiego czasu, kiedy Libuchora taka, jaką mieliśmy szczęście poznać, zostanie jedynie na fotografiach i w naszych umysłach.

Na koniec chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom za niezapomniane chwile.

KJU

6 komentarzy:

  1. Musiało być bardzo sympatycznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wooow, pelen emocji wyjazd i żywo opisany:)) mam.wrażenie, ze na Ukrainie lubią się zafiksowac na jeden rodzaj jedzenia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. generalnie ukraińska kuchnia jest dosyć ciężka, prosta i treściwa - czyli ziemniaki to numer 1. W zasadzie na Ukrainie rzadko kiedy jest jakieś jedzenie, które nie spełnia tych kryteriów

      Usuń
  3. Brzmi na wiele sposobów niesamowicie ;)

    OdpowiedzUsuń