poniedziałek, 4 lipca 2016

Dlaczego nie lubię trasy przez Słowację?

Słowacja była jednym z moich pierwszych, chyba nawet całkiem pierwszym krajem, w których byłem w moim życiu; będąc tam pierwszy raz, miałem 3 czy 4 lata. Nigdy nie było tak, żebym nie lubił tego kraju; lubiłem jeździć do południowych sąsiadów, w końcu zawsze to zagranica, zresztą były tam fajne termy i stoki narciarskie.



Od dwóch lat traktuję Słowację przede wszystkim jako kraj "przejezdny" i czasem chodzę po górach pogranicza polsko-słowackiego, ale nie zapuszczam się nigdzie dalej - aktualnie raczej nie zwiedzam Słowacji... jakoś tak wyszło.

Do tej pory tranzytowałem się przez Słowację siedem razy - 3 razy z Polski na Węgry, 3 razy z Węgier do Polski i 1 raz z Ukrainy do Polski. Na początku nie był to dla mnie problem, chyba w czasie piątego przejazdu (Polska -> Słowacja -> Węgry w czasie wyjazdu na Bałkany 2015) zaczęło być niefajnie...

Słowacja jest piękna krajobrazowo - bo są góry. Nie wiem czemu, ale kiedy już skończy się pas Karpat i zacznie być płasko, to czuję, że jak zaraz nie wjadę na Węgry, to zwariuję. Po prostu. Zauważyłem też coś takiego, że, płaski krajobraz na Węgrzech mnie wcale nie nudzi, wręcz jest fajny... a taki sam płaski krajobraz na Słowacji doprowadza mnie do szału.




I żeby było śmieszniej, droga przez słowackie Karpaty jest OK, ale kiedy robi się płasko, a jesteśmy dalej w tym kraju, nagle zaczyna mi się dziwnie dłużyć... nie wiem, może to się bierze z tego, że lubię góry? I z tego, że kiedy byłem młodszy, znałem przede wszystkim górskie rejony Słowacji? To samo jest na odwrót - kiedy wjeżdżamy do naszych południowych sąsiadów od Węgier, droga zaczyna się wlec - dopiero w Karpatach robi się przyjemniej.



Zazwyczaj jeździmy przez ten kraj dość zmęczeni - albo wcześnie rano, albo wieczorem/w nocy, rzadko kiedy w dzień. Słowackie odcinki wyjazdów są zwykle dość krótkie - w czasie bałkańskiego wyjazdu 2015 było to 180 km, które przejechaliśmy w 3,5 godziny - a płaskie było może ostatnie półtorej godziny... mimo to nawet na tak krótkim odcinku wypatrywałem tablicy oznajmującej o wjeździe na Węgry.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie mam ani jednego złego doświadczenia ze Słowacji... po prostu do tranzytu przez ten kraj mam jakąś dziwnie nieuzasadnioną niechęć. Celowo nie napisałem w tytule "Dlaczego nie lubię Słowacji?", bo to nie jest prawda, że jej nie lubię. Lubię, ale przede wszystkim górskie rejony. Obszaru blisko granicy z Węgrami nie trawię (oprócz paru miejsc, ale to wyjątki).

Aha, będąc w górach pogranicza Polski i Słowacji (jak np. na Babiej Górze) nie czuję nic takiego. Może dlatego, że lubię góry? A może dlatego, że wtedy nie traktuję Słowacji przejazdowo? ;)



        

6 komentarzy:

  1. Najbardziej niesamowite jest dla mnie to, że... naprawdę trudno o fragment Słowacji (dłuższy niż pół godziny drogi), który nie szedłby pomiędzy górami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. znajdzie się parę takich płaskich rejonów, jak koło Nitry, Komarno, Trebisova czy paru innych miejsc. Generalnie Słowacja bez gór... jakoś mi nie pasuje

      Usuń
  2. Tranzytem przemierzam Słowację głównie autostradą D1 na Bratysławę, więc mijam ją dość szybko. Przez środek kraju zwyczajnie mi nie po drodze (w tym roku być może to się zmieni), ale generalnie te regiony uważam za ciekawe. Również leżące przy granicy z Węgrami - dwujęzyczne miejscowości, liczne zamki, pałace i kasztiele, starówki zazwyczaj lepiej zadbane niż w Polsce... i ten klimat małomiasteczkowości z polami słoneczników i kukurydzy... prawie jak na Węgrzech ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja autostrad na SK w ogóle nie używam. Generalnie z Krk jest po drodze przez środek, jak i wschód kraju... a propos przygranicznych, dwujęzycznych miejscowości, to fajnie jest w okolicach Rożnawy i Koszyc - jedyna część słowackiego przygranicza z Węgrami, która mnie nie wkurza :)

      Usuń
  3. Jechałam przez Słowację do Budapesztu i dla mnie ta trasa to było coś nowego, ale wierzę, że potrafi nużyć gdy jedzie się tam któryś raz z rzędu... My jechaliśmy w weekend majowy i stwierdziłam, że trzeba spróbować jakąś mało uczęszczaną drogą, żeby nie wpakować się w korek. Ruszyliśmy na Zwardoń i tam między górami jechało się taką wąską drogą, która ponoć po większych opadach zmywa. Ten odcinek akurat mi się bardzo podobał. Dla mnie prawdziwą zmorą są Czechy, przez które musiałam przejeżdżać gdy mieszkałam w Wiedniu i wracałam np. na Święta do domu. Prostejov, Ołomuniec... Brrr...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a nie wiem, czy nie jechaliśmy nawet tą samą drogą przez Zwardoń :) (tylko my w przeciwnym kierunku i w nocy) przez Czechy jechałem 2 razy [do i z Włoch] i podobały mi się głównie: Austerlitz i Mikulov. Reszta trasy to nie było nic nadzwyczajnego

      Usuń