środa, 14 stycznia 2015

Lwów wita. Mroźna tułaczka i najlepsze zdjęcie :)

31 grudnia 2014
Żegnamy nasz motel (z sauną i basenem, jak się okazuje). Robię parę szybkich zdjęć, a później bez ceregieli idziemy do samochodu. Nasz główny cel na dzisiaj to Lwów i przywitanie Nowego Roku. Ostatecznie wyjeżdżamy parę minut po 12, kierując się na wschód.
Jedziemy drogą, która co 200 m ma "próg zwalniający" (przez jakieś 15 km) i piękną numerację M10/E40. Widokowa ona może nie jest, ale za to bardzo ładnie wygląda w zimie :)




Do Lwowa docieramy o 13.30. Zostawiamy samochód pod centrum handlowym i ruszamy na podbój Lwowa piechotą (jest Sylwester; myślimy, że trudno będzie wyjechać, więc...). Zachodzimy jeszcze do baru na lunch (złożony z kebabu):




Idziemy w kierunku centrum. Jakieś pół kilometra od parkingu zauważamy pierwsze atrakcje - czyli kościół, cerkiew św. Jura (św. Jerzego), ładne drzwi od apteki i... cyrk. Z tym pierwszym (świętych Olgi i Elżbiety) wiążą się dwie ciekawostki - leży on w najwyższym punkcie lwowskiego śródmieścia. Zwykle mówi się też, że z obu stron dachu wody spływają do innych mórz (i jest to prawda! Po jednej stronie do Bałtyku, a po drugiej do Morza Czarnego. ;) ).


Chwilę później zachodzimy na niewielki plac. Widzimy stąd katedrę św. Jura (Jerzego), cyrk (którego zdjęcia niestety nie zrobiłem) i park. Ładnie i zimowo :)




Właściwie na tym placu zaczyna się właściwe łażenie po Lwowie w poszukiwaniu hostelu; pada na Soviet Home Hostel (czytałem, że są tam bardzo niskie ceny, a miejsce jest fajne). Jest godzina prawie 15, okazuje się, że jesteśmy mniej więcej 2 km od owego przybytku, postanawiamy zatem go poszukać. Kilkaset metrów dalej natykamy się na taki budynek, który okazuje się być teatrem:





Przy okazji robię jeszcze zdjęcie, które później okaże się tym najlepszym w 2014 roku, czyli centrum Lwowa ostatniego wieczoru roku (można tak to nazwać, chociaż nie ma jeszcze godziny 16):


Później idziemy zgodnie z zapamiętanymi wskazówkami GPS-a (którego nie używamy). Trafiamy na bazar (gdzie kupujemy czapkę; zakładanie wliczone w cenę ;) ), idąc w zupełnie przeciwnym kierunku... Mróz -15 stopni, do tego słońce już zaczyna zachodzić - pomimo, że zwykle nie narzekamy na pogodę, podejmujemy decyzję o odwrocie i cofnięciu się do auta (jest to jakieś 2 km).





Do samochodu dochodzimy prawie równocześnie z końcem zachodu słońca. Postanawiamy jechać autem do tego hostelu - gdy go znajdujemy, okazuje się, że... nie ma wolnych miejsc. Pozostaje nam szukać jakiejś alternatywy; ale udajemy się jeszcze na lwowski rynek, gdzie akurat trwa impreza pod hasłem "Powitanie roku 2015". Kupujemy na straganie burki z baraniną/baraninę w cieście (jak kto woli - będzie o nich w następnym wpisie ;) ) i, po ich natychmiastowym pochłonięciu (były pyszne!), udajemy się do McDonalda; nie, nie myślcie, że jestem fanem McDonalda i śmieciowego jedzenia; po prostu zamawiamy (chyba) jedną colę, po to, żeby móc skorzystać z WiFi, które jest tu dość szybkie i napisać relację na żywo na Facebooku. :)

Robimy sobie też niedługą przechadzkę po rynku (niedługą, bo jest zimno, godzina 19, a rynek jest mały); ludzie są w zasadzie tylko między straganami; wychodząc ze "strefy straganowej", robi się pusto:





Nocleg znajdujemy bardzo prosto; wpisując w GPS nazwę "Motel" (nie "Hotel", bo to raczej byłaby droga zabawa, a wyjazd ma być niskobudżetowy!) i wyznaczając trasę do najbliższego motelu. Znajduje się on na trasie w kierunku Szegini/Medyki zaraz za miejscowością Zimna Woda.
Gdy już o godzinie 21 jesteśmy w motelu, rozmawiamy z właścicielką motelu, rozmowa (prowadzona po polsku!) wygląda mniej więcej tak:

My: Chcielibyśmy pokój na jedną noc.
Właścicielka: OK, nocleg kosztuje 700 hrywien (700 hrywien to 160 zł).
My: (myślimy, że to za drogo) Ale w motelu obok mówili, że 200. (co oczywiście jest nieprawdą, nie byliśmy w żadnym innym motelu!).
Właścicielka: No dobra, no to 350. Taniej nie da rady, bo Nowy Rok, sami rozumiecie...
My: 350 jest OK. (80 zł to dla nas akceptowalna cena za nocleg)
Właścicielka: Dobra, teraz wasze paszporty (Tata daje swój, ona daje nam klucz do pokoju i oddaje po chwili paszport).

Przenosimy wszystkie manatki na górę i widzimy, jaki pokój dostaliśmy za 80 zł:



Jak widać, na Ukrainie nocleg w znośnej cenie wcale nie musi mieć standardu "urwanej spłuczki", a motele są OK. :)

Zamykając się w pokoju, spędzamy wieczór sylwestrowy, oglądając ukraińską telewizję (miałem pomysł pojechania na Cmentarz Łyczakowski, ale odpuściliśmy ze względu na brak chęci; Sylwestra spędziliśmy bez fajerwerków, bo to wieś 10 km od Lwowa, a fajerwerki dość trudno było dostać); o północy Tata otwiera igristoje (kupione we Lwowie, nie rozlewane w Polsce - ja, jako niepełnoletni piję coca-colę ;) ) - zdjęcia nie mam :(. Niestety, nie siedzę zbyt długo (do 1), bo czuję zmęczenie i boli mnie trochę głowa (chyba od nadmiaru wrażeń! :D).

S.

PS. To był dla mnie (jak do tej pory!) najbardziej udany Sylwester, naprawdę można normalnie się bawić w Sylwestra bez fajerwerków ;)

6 komentarzy:

  1. Ale super taki post!
    Chciałabym zobaczyć Lwów :D

    justsayhei.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Lwów jest naprawdę piękny, polecam, tym bardziej, że to blisko Polski :D

      Usuń
  2. Kibicuję z Konkursie na Bloga Roku, konkurencja jest spora :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej hej, znalazłam Twojego bloga przez Blog Roku i z czystym sumieniem mogę napisać, że przejrzałam na razie wszystkie zgłoszone blogi i Twój jest spośród nich najlepszy :) A Sylwestera we Lwowie sama bym chętnie spędziła, zresztą nie tylko Sylwestra, bo Ukraina to jedno z moich podróżniczych marzeń :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Ukrainę naprawdę bardzo gorąco Ci polecam; gór jest pod dostatkiem ;)

      Usuń