piątek, 8 stycznia 2016

Weekend w Warszawie.

W Warszawie byłem już naprawdę dużo razy, przestałem liczyć! Ale zawsze tam jechałem - najczęściej autem albo autobusem, czasem też pociągiem. A może tak wybrać się do stolicy jakimś alternatywnym środkiem transportu?

Padło na samolot. Myślicie pewno, że to jest jakaś strasznie droga impreza (ale temu poświęcę oddzielny artykuł). Bilety kupiłem w październiku (bo trasa Kraków - Warszawa niestety jest oblegana) i 27 grudnia poleciałem z Mamą i Siostrą do stolicy.


Na początku oczywiście musieliśmy pojechać na Balice, skąd wylatywaliśmy. Na lotnisku byliśmy ok. półtorej godziny przed odlotem (4.30, odlot o 5.55). Szybko zrobiliśmy check-in (odprawę biletową; stresowałem się tym - to był mój pierwszy lot bez organizatora) i poszliśmy na górę. Oczywiście przy przechodzeniu przez bramkę zapiszczało... no to celnik mnie trochę obmacał (bez skojarzeń!) i puścił dalej.



Potem zaczęło się oczekiwanie na lot i oglądanie oferty bezcłówki (nic ciekawego). Przy okazji: ilość osób na lot do Warszawy nie była jakaś porażająca, ale jak zobaczyłem, ile ludzi leci do Londynu... przelot tam z Krakowa to naprawdę niezły hardkor, jest duże obłożenie (przeżyłem 2 razy!).

Później było już standardowo. No, może jedyna nowość to to, że pierwszy raz usiadłem w autobusie lotniskowym ;). Sam lot przebiegł normalnie, tylko po raz pierwszy poczułem, że czas w powietrzu płynie znacznie szybciej niż na ziemi. Chyba, że to kwestia moich przyzwyczajeń ;)







Z Okęcia wyszliśmy jakieś 45 minut po przylocie (jest to dość spore lotnisko, poza tym nie spieszyliśmy się) i po krótkim oczekiwaniu zapakowaliśmy się z biletami 75-minutowymi w autobus do Imielina. W Imielinie szybka przesiadka na metro (są otwarte bramki, można jechać na gapę, ale nie skorzystaliśmy ;) ) i o 8.00 jesteśmy na Ursynowie, gdzie mieszka nasz Wujek. 

Wizyta u Wujka mija dosyć szybko, tym bardziej mnie, bo o 10 idę do metra na spotkanie z Sandy, poznaną w czasie pracy na Wikii, z którą piszę od 3 lat, ale nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się w realu. Ruszamy na jeżdżenie po Warszawie! Rzecz jasna metrem, które oboje bardzo lubimy :)

Oglądamy ogólnie większość centrum Warszawy (wieżowce są super!), po drodze dyskutując (okazuje się, że mamy podobne poglądy). Niestety, 2,5 godziny chodzenia z Sandy upływa bardzo szybko i o 12.30 idziemy do metra. Sandy towarzyszy mi jeszcze po drodze przez chwilę, a potem jadę już sam na Ursynów.

A, zapomniałbym! W czasie "łażingu" po stolicy, zaczepia nas TVP Info i pyta się o to, jakie mamy plany na sylwestra. Podzieliliśmy się z nimi swoimi planami (ja: Ukraina, Sandy: u znajomych). Niestety, nie wiem, czy to puścili :/










Na Ursynowie obiad, chwila odpoczynku i o 14 pakujemy się do metra. W Imielinie autobus na lotnisko nam ucieka i mamy 15 minut czekania... no, ale nie jest źle, bo miejsce przesiadkowe należy raczej do fajnych ;)

Kontrola na lotnisku standardowa, nikt nas nie trzepie, jest miło i przyjemnie, chociaż jesteśmy już trochę zmęczeni. O 16.15, już nieco śpiący (co ciekawe, senność przeszła nam w Krakowie), wsiadamy do autobusu lotniskowego i chwilę jedziemy. Tym razem samolot (żeby było ciekawiej, w barwach Eurolotu) jest cały zapełniony ludźmi, a dodatkowo jakiś bachor (tak, wiem, narażam się na lincz ze strony dzieciatych) postanawia umilić nam lot i przez połowę się drze, aż wreszcie zasypia z twarzą między nogami swojej matki. Pozdro...







W Krakowie lądujemy o 17.25. Szybko wychodzimy z lotniska, wsiadamy w samochód i do domu! Na zakończenie dnia, 2 godziny później psuje mi się komputer i nie mam do niego dostępu przez prawie 2 tygodnie... nieźle ;) dlatego też relację zrobiłem tak późno (a nie np. w środę)

Czy wycieczkę uważam za udaną? Tak! Przelecieliśmy się samolotami, byliśmy w stolicy, ja zaliczyłem przelot krajowy, pogoda dobra, spotkanie z Sandy super... (Sandy, jeśli to czytasz - dzięki!!! :) ) i fajna atmosfera. Polecam! :)

Może zainteresować Cię też:
Pomimo tego, że większość moich wyjazdów jest zagraniczna, to zwykle udaje mi się wygospodarować kilka dni w roku, żeby odwiedzić miejsca w Polsce, bo też mogą być ciekawe! Odwiedziłem już ich trochę ;)

S.

16 komentarzy:

  1. Czyli znowu się minęliśmy w W-wie ;) Też bardzo lubię podróżować metrem. Przy okazji, wiesz, że mural z 15. (o ile nie pomyliłam się w liczeniu) zdjęcia jest reklamą? Warszawskich wieżowców nie lubię, szczególnie, że w tym roku ma zostać zburzony jeden z moich najbardziej ulubionych budynków z okresu powojennego modernizmu, a na jego miejsce ma zostać postawiony kolejny przeszklony wysokościowiec :/ Bramki w metrze są prawie zawsze otwarte, tylko czasem już przy torach stoi kilku kanarów i losowo wyłapuje do kontroli, czasem schodzących ze schodów, czasem wysiadających z wagonów :)

    PS. W tym poście jest kilka całkiem spoko zdjęć i kilka takich, które nie powinny się tutaj znaleźć - ale takie masz chyba postanowienie noworoczne, żeby nad tym pracować? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to tego nie wiedziałem, że ten mural to reklama ;) co do warszawskich wieżowców: wysokościowce są fajne, postkomunistyczne bloki też, ale ważne, żeby to dobrze grało ze sobą. A pod Warsaw Spire nie gra, tym bardziej, że ten budynek koło WS się rozpada :/

      Jak my jeździliśmy metrem, to bramki były już pozamykane, tylko rano dało się bez biletów. I kanarów nawet nie było! ;)

      A co do zdjęć - wiem, część jest taka sobie, no ale staram się wybierać najlepsze! Postanowienie noworoczne odgadnięte, staram się pracować i mam nadzieję, że uda mi się zrealizować roczny projekt fotograficzny ;)

      Usuń
  2. Szymek, przepraszam, ale byłoby bardzo przykro gdy czytałem ten wpis. Dla mnie niektóre zwroty używasz, które są niemiłe. I chociaż to Twój blog i możesz pisać co chcesz, to jednak określenia: bachor, dzieciaty, obmacać... Wszystko bym zrozumiał gdyby to był celowy zabieg stylistyczny, ale nie wyczuwam go, a po prostu brak ogłady i dobrego języka.

    Pozdro,
    Sądecki Wloczykij

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo cenię sobie rady życzliwych mi ludzi, a za takich również Ciebie uważam. Po przemyśleniu Twojej uwagi odnoszącej się do języka, doszedłem do następujących wniosków:
      1. słowo "dzieciaty" jest dla mnie absolutnie neutralne i oznacza tyle, że ktoś jest rodzicem.
      2. "bachor" - masz rację, to jest jednoznacznie negatywne określenie i mogłem go zastąpić innym (np. niemowlę), ale chciałem podkreślić swoje emocje w tamtym momencie.
      3. "obmacać" - dobrą chwilę zastanawiałem się, jak uplastycznić kontrolę, jakiej wobec mnie dokonał celnik. Wyglądało to tak, że rzeczywiście obiema rękami "przeklepał" mnie od góry do dołu. Co ciekawe, kiedy bramka zareagowała podobnie na Mamę w drodze powrotnej, to Mama została tylko pobieżnie "przeskanowana" wykrywaczem metalu przez celniczkę. Mam nadzieję, że swoimi wyjaśnieniami chociaż trochę zatarłem Twoje pierwsze negatywne wrażenie :)

      Usuń
    2. też miałam podobne wrażenie co Sądecki Włóczykij, ale niestety nie przekonuje mnie Twoje wytłumaczenie. może to subiektywne wrażenie, ale dzieciaty jest zdecydowanie pogardliwe, bachor to wiadomo, a do "obmacania" to niestety nie kojarzy się to w żaden sposób pozytywnie czy nawet neutralnie - kontrola osobista jest raczej niczym szczególnie nieprzyjemnym, poza oczywiście niektórymi przypadkami.

      Usuń
    3. Po prostu zamiast "obmacać" to "przeprowadzili wyjątkowo dokładną kontrolę osobistą". Może dłużej. A szczegóły "obmacania" zawsze ostrzejszym językiem możesz opowiedzieć na żywo przy jakimś spotkaniu ;) Dzięki za wyjaśnienie!

      Usuń
    4. zawsze mnie bawiło, jak niektórzy reagują na słowo np. "bachor". Niestety, dzisiaj wiele dzieci to po prostu bachory - rozpuszczone, rozgłaskane przez dzieciatych rodziców. A potem rosną tacy, w przekonaniu od najmłodszych lat, że wszystko im wolno...

      PS>ja również ostatnio skoczyłem na chwilę do W-wy, ale korzystając z promocji w PB... z Górnego Śląska kosztowało mnie to 4 zł tam i z powrotem ;)

      Usuń
    5. to prawda! A propos tej promocji - całkiem niezła, my na PB nie mieliśmy za bardzo czasu, bo chcieliśmy to zamknąć w jednym dniu. A i tak w stolicy nie byliśm długo ;)

      Usuń
  3. Wychowałam się na Imielinie, moja mama wciąż tam mieszka. Pamiętam, jak nie raz idąc do niej od metra widziałam stewardessy jadące na lotnisko i łezka się w oku kręciła, że one tak codziennie -) Fajnie, że sobie na spokojnie pospacerowałeś po Warszawie. Stolica ma pełno uroku właśnie w takiej codzienności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podobno taka praca jest b. niezdrowa i męcząca, to druga strona medalu ;) a co do uroku W-wy, zgadzam się w 100%. Niestety, dużo moich znajomych nie jest w stanie zrozumieć, że mi się tam podoba i odpowiadają "to się wyprowadź". :/

      Usuń
  4. Fajnie, że tak Ci sie podobał przelot i tak go przeżywałeś. Bardzo podobało mi się zdjecie pokrycia na głowę z ozdobami świątecznymi :) Muszę zgodzić się z pozostałymi, że niektóre zwroty, których użyłeś wywołały na mojej buzi lekko zdziwioną minę. I muszę przyznać, że nigdy nie słyszałam o łażingu :) oczywiscie wiem co to znaczy, ale nie wiedzialam, że tak sie mówi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z łażingiem to się śmieję ;) a co do tego zagłówka w LOT - no jak po świętach, to ma być świątecznie ;)

      Usuń
  5. Szkoda, że się z TVP nie udało, byłby fajny fejm :) Swoją drogą, w 2010 roku praktycznie do Wawy tylko latałem, bo bilety były mega tanie, np. 70 zł, o wiele drożej i dłużej wychodziło pociągiem. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. te 70 zł to w 2 strony? ;) swoją drogą jak sprawdziłem, że Pendolino to 260 zł w 2 strony, to podziękowałem i poleciałem samolotem. Szybciej i taniej :)

      Usuń
  6. Warszawa jest fajna. Jako dziewczyna z Krakowa długo się do niej przekonywałam ;).

    OdpowiedzUsuń