wtorek, 9 czerwca 2015

Kwietniówka Wschodniobałkańska 2015. Część 4 - Miasteczko Bełz i dziurawe drogi. (galeria)

Środa, 22 kwietnia 2015
W nocy tradycyjnie jest dość zimno. Budzę się już o 6 (niestety Tata znacznie później), nie mając za bardzo co robić, siedzę w komórce, piszę dziennik z poprzedniego dnia, jem jakieś mało konkretne rzeczy... ostatecznie porządne śniadanie dopiero o 9, a wyjeżdżamy o 10. Do mołdawskiej granicy mamy całkiem blisko - za jakieś 30 km stoimy już przy okienku kontroli granicznej.


W ostatnich przygranicznych miejscowościach (jeszcze w Rumunii) mijamy jakieś opuszczone budynki a la PGR... no, generalnie taka postkomuna. Natomiast sama droga bezpośrednio do przejścia granicznego to dziury i dziury... na szczęście to tylko 3 km.





Na przejściu granicznym Rumuni wypuszczają nas bez problemu. Przejeżdżamy bardzo pokręcony (dosłownie) most na rzece o wdzięcznej nazwie Prut i już nowe państwo - Mołdawia. Po chwili zajeżdżamy na mołdawskie przejście. Płacimy za winietę (mają podobny system jak w Rumunii) i parę innych papierków, ale generalnie kontrola nie jest zbyt długa. No i wreszcie wbijają nam mołdawskie pieczątki ;) wolni jesteśmy dopiero około 12. Kierujemy się na Balti - większe miasto 75 km od granicy.






W drodze do miasta jedziemy takimi sobie drogami przez mołdawskie wioski, widać biedę, jeszcze większą niż w Rumunii... w Balti jesteśmy o 14. Wymieniamy kasę (60EUR - 1976MDL) i ruszamy zwiedzać. Balti wywarło na mnie dosyć dziwne wrażenie - wszystko takie dość szare i ponure, ale za to sobór pięknie zrobiony i odnowiony. Po krótkim zwiedzaniu trafiamy na... ślub. Bez pompy, bez trąbienia, po prostu zero zadęcia.


















Po wyjściu z soboru kupujemy jeszcze obiad (shoarma, ja nie jestem w stanie tego zjeść - zamawiam kapuśniaczka bez kapusty, był b. dobry ;) ) i idziemy do sklepu kupić owoce, wodę i mołdawską oranżadę (w ramach konsumpcji lokalnych specjałów :D). Wszystko tanie (za parę tygodni pewnie będą informacje praktyczne). Odwiedzamy jeszcze targ, ale nic tam nie kupujemy - tu już jest europejsko...

Balti jest też znane z piosenki "Miasteczko Bełz" (bo ta piosenka właśnie opowiada o tym mieście) - nie zaśpiewałem ani nie posłuchałem tam tego ;), ale nadaje się do słuchania "Miasteczka" jak żadne inne miasto (klimat Balti i piosenki jest bardzo podobny). O tej piosence zresztą bardziej szczegółowo napisał Bartek na Paragonie - my wybraliśmy się tam, nieco inspirowani jego wpisem ;)





Miasto opuszczamy o 15. Jedziemy pustą (ruch praktycznie zerowy) magistralą M14 (szeroka, wokół pagórkowata przestrzeń i pola uprawne). O 17 jesteśmy pod Kiszyniowem. Naszym celem są piwnice winne w Cricovej. Małe błądzenie po źle oznakowanych drogach i jesteśmy. Patrzymy na ceny biletów... wersja podstawowa 275 MDL/osoba (55PLN), do tego trzeba mieć wolne miejsce dla przewodnika w aucie (a takowego nie mamy). Smakoszami win nie jesteśmy, więc rezygnujemy. Kupujemy za to oryginalne wino (białe i czerwone) - na pamiątkę ;)

Oprócz cen (które jak na Mołdawię nie są niskie), Cricova to miejsce bez "duszy", czuć Europę, momentami wieje nawet Zachodem. Nie te klimaty, więc po 30 minutach, o 18.15 opuszczamy miasteczko i postanawiamy udać się do miejscowości Dubasari, już w Naddniestrzu. Na dwupasmówce w kierunku miasta zatrzymuje nas policja - pewnie nieczęsto widzą tu innostrańców o tej porze roku.








Udaje nam się dogadać z policjantami po rosyjsku. Okazuje się, że za przejazd do Naddniestrza, pogranicznicy chcą 50EUR. Droga impreza, rezygnujemy, tym bardziej, że nie moglibyśmy tam być bez meldunku więcej, niż 10 godzin. Podjeżdżamy za to pod samą granicę, tuż przed nią skręcamy w prawo do Criuleni (większe miasto nad samym Dniestrem). No i policja jest jednak przydatna, dzięki niej zaoszczędziliśmy ponad 200 złotych ;)

W Criuleni znajdujemy fajne miejsce, gdzie możemy zaparkować (to jakieś 60 metrów od Dniestru). No to parkujemy i schodzimy nad rzekę pieszo. Widzimy Naddniestrze, dzieli nas od niego tylko kilkadziesiąt metrów, moczymy nawet ręce w rzece. Widoki piękne, ale dosyć zimno, więc w miarę szybko wracamy do auta. Co prawda Naddniestrza nie zwiedzaliśmy, ale widzieliśmy całkiem sensownie drugi brzeg, mieliśmy nawet ręce w Dniestrze, więc chyba można uznać, że byliśmy? :)








Skoro do Naddniestrza pełnoprawnie nie wjedziemy, to postanawiamy kierować się na południe - naszym celem jest teraz rumuńskie wybrzeże morskie. Czyli po prostu południe Rumunii! Jednak w drodze do Dobrudży (bo tak nazywa się rumuńska kraina z wybrzeżem) musimy jeszcze przejechać przez stolicę Mołdawii - Kiszyniów.

Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie odwiedzili czegoś, co jest interesujące, a jest po drodze. Żeby było śmieszniej, przed wyjazdem czytałem różne artykuły typu: "Co warto zobaczyć w Mołdawii" i tym podobne. Stolica była totalnie odradzana przez przewodniki i artykuły. A ja właśnie postanowiłem zobaczyć, jak tam jest i czy na serio nie warto jechać... Kiszyniów opiszę w oddzielnym artykule.

Wracając do relacji: o 20 oglądamy piękny zachód słońca (wjeżdżając do miasta). Niecałe pół godziny później wychodzimy z auta i zaczynamy zwiedzać. Ograniczamy się jednak tylko do ścisłego centrum - późno już, a my chcemy jeszcze dzisiaj coś przejechać... około 21 wchodzimy do centrum handlowego - łazimy trochę po nim i je oglądamy (na pewno nie jest na miarę stolicy). Wchodzę do kawiarenki internetowej na pół godziny - uzupełnić profil na FB, napisać na forum węgierskim i tego typu bzdurne sprawy. Mniej więcej o 22 kończymy wizytę w centrum i postanawiamy jechać na południe. Do oporu ;)










Jest już całkiem ciemno, ale jedziemy. Jakieś 60 km za Kiszyniowem dobra droga się kończy, a zaczynają dziury i dziury... w okolicach miasteczka Cimislia, o 23 zasypiam. O północy stajemy w większej miejscowości (i przy okazji stolicy regionu) - jest to Komrat. Tata robi kilka zdjęć (niestety ich nie mam :/), podobno piękne fontanny.

Jedziemy po dziurach (takie z prawdziwego zdarzenia! Droga to jakieś 40% asfaltu.) aż do 3 nad ranem, kiedy dojeżdżamy do miasteczka Vulcanesti (180 km na południe od Kiszyniowa), na samym południu Mołdawii. Kawałek za miejscowością odbijamy na polną drogę (nieopodal starego kołchozu), śpimy w samochodzie jakieś 35 km przed granicą rumuńską.


Przejechaliśmy 500 km.

S.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz