niedziela, 21 czerwca 2015

Kwietniówka Wschodniobałkańska 2015. Część 5 - awaria, chamstwo Bułgarów i Vulcanii Noroiosi.

Czwartek, 23 kwietnia 2015
Wstaję o 9. Zupełnie nie wiem, gdzie jesteśmy (oprócz tego, że gdzieś na południu Mołdawii) - wokół piękna pogoda, płasko jak stół - z jednej strony winnica, z drugiej pole, trochę dalej jakiś opuszczony kołchoz z czasów komuny. Włączam GPS... okazuje się, że zdążyliśmy trochę przejechać - jesteśmy w Vulcanesti, 35 km przed przejściem granicznym.






Wyjeżdżamy o 10.30. Droga do granicy to częściowo ciąg dalszy z wczoraj - 40% asfaltu, 60% szutrowych dziur, localsi jadą szutrowym poboczem, a częściowo piękna droga - tak jest przez pierwsze 20 km. Jakieś 15 km przed przejściem granicznym (3 miasteczka, w jednym z nich tankujemy) nawierzchnia robi się w miarę znośna.












Na granicy, tuż nad Dunajem, jesteśmy o 11.30. Duży ruch (główne przejście graniczne), stoimy jakieś 45 minut przed szlabanem (tylko dlatego, że stojącym za nami Bułgarom zachciało się wepchnąć przed nas). Wreszcie o 12.15 wjeżdżamy na kontrolę. Pogranicznicy się nami za bardzo nie interesują, standardowy zestaw pytań: czy jedziemy z Ukrainy (jakieś 3 km wcześniej jest granica mołdawsko - ukraińska. Ludzie bardzo często, z braku drogowego, ogólnodostępnego przejścia ukraińsko-rumuńskiego w regionie, tranzytują się te 3 km przez Mołdawię), czy mamy broń, alkohol itd.











W Rumunii jesteśmy o 12.40. Zaraz za granicą urywamy tłumik - zajeżdżamy do warsztatu (znajdującego się dosłownie 20 m dalej). Facet co prawda miły, ale wziął 100 RON! Ruszamy godzinę później - jedziemy przez Galati (tu ładny widok na Dunaj i oficjalnie bałkańską część Rumunii), Brailę i Ramnicu Sarat. W tym ostatnim chcemy sobie skrócić drogę do Vulcanii Noroiosi (wulkanów błotnych, które są naszym dzisiejszym celem - powoli zaczynamy jechać w kierunku Polski). Krótsza droga okazuje się kamienista (z grubych kamieni!), więc auto znowu musi być naprawione. Jedziemy do Sapoca - większego miasta 25 km dalej.














Jest 19, okazuje się, że kolektor jest pęknięty. Musimy wymienić kolektor (niestety tu go nie mają) i zrobić naprawę taką samą, jak na granicy. Na szczęście druga naprawa nie drenuje nam aż tak portfela - to 20 RON. Niby niewiele, ale piechotą nie chodzi...

Ostatecznie w Noroiosi pojawiamy się o 20.30. Zwiedzamy najbardziej znany z trzech wulkanicznych obszarów (Paclele Mari). Wstęp 4 RON, ja wchodzę za darmo (dzięki uprzejmości faceta w kasie). Krajobraz jest rzeczywiście księżycowy, po jakichś 40 minutach zaczyna się ściemniać, wracamy. Zjeżdżamy na dół, bo wulkany są na wzgórzu i kierujemy się do Paclele Mici. Jest już ciemno, więc idziemy spać w samochodzie na połoninie.

















Przejechaliśmy 252 km.

S.

PS. Fotki z wulkanów są trochę niechronologicznie ułożone, bo trochę "od miski" je dodałem. Obiecuję poprawę ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz