poniedziałek, 3 listopada 2014

Zwariowany dzień w Serbii i noc balatońska.

16 sierpnia 2014
Budzimy się ok. 8.30. Okazuje się, że znaleźliśmy całkiem fajne miejsce (jak zapewne pamiętacie, wczoraj, gdy o 22 dotarliśmy na Węgry, było już ciemno). W nocy nie było wiele widać, ale okazało się, że śpimy na polu kukurydzy i słoneczników, co tym samym, po trzech dniach "górskich" dawało nam widok na płaskie pola i fajny zapach :)


Pierwszym punktem na trasie dzisiaj był Szeged (czyt. Seged) - ponieważ czytane Szeged po węgiersku znaczy ni mniej, ni więcej, jak... "twój tyłek". Na początku mamy... wodną przygodę - najkrótsza trasa do miasta wiedzie przez prom na Cisie (Tiszy); dojeżdżamy, a tu d... promu nie ma, a droga kończy się w rzece. Jesteśmy zatem zmuszeni cofnąć się i nadjechać od Hodmezovasarhely. Ostatecznie w Szegedzie jesteśmy o godz. 11. Porzucamy auto na parkingu i ruszamy na starówkę w poszukiwaniu WiFi. Miasto zrobiło na mnie bardzo miłe wrażenie - zadbane ulice, zielono, nie czuło się klimatu metropolii (Szeged jest 3. co do wielkości miastem na Węgrzech) - zdjęć niestety właściwie brak (udało się tylko jedno) z powodu nieposłuszeństwa kamery :/



W mieście zauważyłem też wiele rumuńskich dzieci na wycieczkach szkolnych - trzeba przyznać, że odróżniali się zdecydowanie od Węgrów!

Ale wracając do stricte podróżniczej relacji - kierujemy się na Serbię (musiałem mocno przekonywać Tatę :D) drogą nr 5 na stare przejście graniczne Roszke/Horgos - okazuje się, że jest zamknięte, musimy jechać na inne. Musimy się wrócić i jechać albo na autostradowe przejście (ten wariant odpada ze względu na brak winiety i częste korki, tym bardziej, że jest sobota), albo do Asotthalom. Dojeżdżamy do granicy w Asotthalom. Korków brak, celnicy wbijają tylko pieczątki wjazdowe i w drogę! Zaraz po przekroczeniu granicy, już z pieczątkami, widzimy 2-kilometrową kolejkę do wjazdu na Węgry. (Komentarz Taty: "To był błąd.")
Po przejechaniu 15 km, jesteśmy w Suboticy, znanej też jako Szabadka - jednym z największych miast w Serbii. Parkujemy auto i ruszamy połazić po mieście. Już 3. raz w ciągu wyjazdu trafiamy na bardzo urokliwą starówkę z secesyjnymi kamieniczkami (i wyjątkowo jemy tam b. dobry obiad, spotykając Serba, mieszkającego kiedyś pod Krakowem) - ogólnie cała starówka Suboticy to XIX-XX wiek (w zasadzie nie znam się na historii sztuki, ale doceniam piękno miasteczka, mimo, że większości miast nie lubię). Zdjęć nie mam - kamera postanowiła się niestety zbuntować!
Wracając do samochodu, odkrywamy pekarę z poszukiwaną przez nas gibanicą (czyli burkiem) - od razu kupujemy, a za chwilę mamy bazarek, w którym są piękne owoce w naprawdę śmiesznych cenach - za brzoskwinie ok. 120RSD/kg (4,2 zł). Cena niska również dlatego, że Serbia jest głównym producentem jedzenia dla Bałkanów, a okolice Suboticy (Palić, Horgos) to tereny rolnicze.








Niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Chciałem jeszcze wybrać się nad jezioro Palicko, ale pomysł nie wypalił - zaczęliśmy się kierować w stronę Węgier. Do przejścia w Tompie jest 10 km - pokonujemy je b. szybko. Stoimy 30 min (to jest krótko, jak na sobotę!) i już jesteśmy na Węgrzech (pogranicznicy nie wbili nam pieczątek wyjazdowych...).
Po węgierskiej stronie jedziemy przez Baję, Bataszek a potem drugorzędnymi drogami do Dombovaru (który jest wręcz nieznośnie symetryczny; jako ciekawostkę dodam, że niedaleko jest miejscowość o nazwie Lengyel, co po węgiersku znaczy: "Polak" ;)).
W końcu o godzinie 22, jesteśmy w Keszthely nad Balatonem. Proponuję nocleg na dziko, ale dochodzimy do wniosku, że to turystyczny teren i lepiej nie. Wjeżdżamy na camping (o wdzięcznej nazwie Zala - czyżby był kiedyś zalany przez Balaton?), rozbijamy palatkę (namiot), patrzymy na nocny Balaton i idziemy spać.

S.

4 komentarze:

  1. Krótko, konkretnie, choć szkoda, że kamerka nawaliła, bo mało kto cokolwiek pisze o Serbii, jakby ludzie się jej bali:-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też żałuję, że kamerka nawaliła - musimy się znowu wybrać ;)
      Serbii niestety chyba rzeczywiście ludzie się boją... dla większości to kraj tranzytowy do Grecji tudzież Chorwacji :(
      Spotkałem się niestety też z opinią "Serbia jest dzikim krajem" - że co?! Serbowie są przyjaźni i wbrew pozorom nie gryzą ;)

      Usuń
  2. może nie tyle się ludzie Serbii boją, co uważają za kraj nieciekawy. Nie ma morza, nie ma jeziora jak Macedonia, góry są mało znane. A tymczasem wiele tam pięknych zakątków jak i zabytków

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc - też myślę, że uważają coś w stylu: "Serbia? A po co jechać, to samo jest w Polsce!" - błędne mniemanie - Serbia jest ciekawa, jednym z tych pięknych zakątków jest Subotica ;)

      Usuń