wtorek, 20 czerwca 2017

Na wschodni kraniec Polski przez Zamość

Pierwszy wyjazd na wschód w tym roku. Pierwszy wyjazd nową "masziną" - honda HR-V, lat 17, jeszcze bez doświadczenia na ukraińskich drogach. Czerwcówka to pierwsza hondowa wycieczka, wcześniej nigdzie nie byliśmy (tzn. mieliśmy być w ubiegłym roku w Europie Wschodniej, ale w dniu startu okazało się jednak, że musimy wystartować inną masziną).

Zamojski ratusz



Wyjeżdżamy we czwartek przed południem, żeby zdążyć spokojnie dojechać na Szackie Jeziora. Cel wyczekiwany przeze mnie od roku, w ubiegłoroczną majówkę pomysł takiej wycieczki nie wypalił. Drogi o różnej nawierzchni, cyrylica i pełno wiejskich sklepów - tak, to właśnie tam chcemy pojechać!

Pierwszy odcinek to autostrada do Rzeszowa. Droga prosta, przewidywalna i nudna jak flaki z olejem - honda się naprawdę męczy, a my razem z nią, tym bardziej, że jest dość ciepło. Po 3 godzinach koniec tej męki... dobrze chociaż, że na drodze stosunkowo są pustki, pomimo właśnie zaczynającego się długiego weekendu.

W Sokołowie Małopolskim robimy sobie pierwszy przystanek. Miasteczko z bardzo zielonym rynkiem (pełno drzew), a drogi mają dzisiaj lekko czerwoną posypkę po procesji - w końcu Boże Ciało ;) jeszcze tylko amerykańskie lody (tak, wiem - amerykańskie lody na wyjeździe na wschód to trochę śmieszne połączenie) i w drogę, Ukraina czeka!

Płatki kwiatków w Sokołowie Małopolskim

Sokołowski rynek

Sokołowskie-amerykańskie lody, koszt 4 zł ;)


Następne dwa miasteczka to Frampol i Szczebrzeszyn. Oba są naprawdę mikro-mikro (chociaż Frampol chyba bardziej - jak stanie się na rynku, widać już jego koniec) - co nie znaczy, że niewarte uwagi. To pierwsze miejsce jest... kwadratowe. Po prostu, miejscowość ma kształt kwadratu (ulice biegną pod kątem prostym), co udziela się nawet fontannie na rynku - tylko kwietnik się wyłamał ;)

Frampol z góry (zdjęcie zdjęcia)

Frampolskie główne skryżowanie, oczywiście pod kątem prostym

Kwadratowość udziela się nawet fontannie

Frampolski kwietnik, dla odmiany okrągły, a nie kwadratowy


Z kolei Szczebrzeszyn... zdanie "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" znają chyba wszyscy Polacy. Oczywiście ten owad jest uwieczniony na pomnikach - jeden jest na rynku, a drugi (bardziej główny), nie wiedzieć czemu, leży nieco na obrzeżach miejscowości - i wbrew temu, czego się spodziewałem, praktycznie wcale nie ma tam ludzi, pomimo Bożego Ciała (jest tylko jakaś wycieczka rowerowa, która zaraz odjeżdża w swoją stronę). A poza tym udaje się wyhaczyć parę klimatycznych miejsc, już czuć, że to wschodnia Polska.

Pagóry Lubelszczyzny/Roztocza

"W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie"

Jeden z klimatycznych domów w Szczebrzeszynie

A to bardzo skojarzyło mi się ze Śląskiem

Szczebrzeszyński chrząszcz

Trochę wysokie progi jednego z domów

I jeszcze jeden klimatyczny domek


Kierujemy się na Zamość. W zasadzie to nie miałem szczególnych oczekiwań co do tego miasta, jego odwiedzenie to była propozycja Taty (wybieraliśmy się tam już od 4 lat!). Chociaż na rynku jest sporo ludzi, stragany z badziewiem i do tego jakiś koncert diecezjalny, to w ogóle się tego nie odczuwa, tym bardziej, że na bocznych uliczkach raczej są pustki. Przechodzimy też przez kładkę dla pieszych nad torami kolejowymi, na której oczywiście wiszą kłódki - fajnie urządzone, niby nic odkrywczego, ale wyszło nieźle, no może poza kłódkami. (jest też kilka mniej oczywistych miejsc, jak budynek sądu czy bar PRL)

Zamojski bar o zachęcającej nazwie

Uliczki Zamościa są całkiem puste (długi weekend, godzina 17)

Jeden z budynków zamojskiego sądu

Rynek w Zamościu (15 czerwca 2017). Trwa koncert diecezjalny

Panorama na centrum miasta

I kolejne klimatyczne miejsce, przeznaczenia niewiadomego

Kładka nad torami - wyszło fajnie, chociaż to nie jest nic nadzwyczajnego

Zamość - kłódkowe przejście nad torami


Zostaje nam już tylko wybór przejścia granicznego. Biję się z myślami - Dorohusk czy Zosin? Ostatecznie wypada na Zosin, również ze względu na to, że jest to najbardziej na wschód wysunięty punkt Polski (potem się okazało, że to była dobra decyzja). W wiosce skręcamy na jakąś boczną drogę (z gatunku tych najbardziej polnych), jedziemy po trawach, w jednym miejscu jest też trochę błota. Droga zakręca, a my mamy przed sobą groźną tabliczkę "Granica państwa. Przekraczanie zabronione", a za nią porośniętą lasem skarpę schodzącą do Bugu, który w tym miejscu można by nawet przerzucić kamieniem. No i jesteśmy prawie na samym końcu Polski (prawie, bo właściwy punkt jest kilkaset metrów dalej na północ)

Z kolei po drugiej stronie drogi... zagłębienie wysypane kamieniami, chyba pod przyszły staw hodowlany (w sąsiedztwie jest drugi). Jest już 20, światło jest bardziej wieczorne, więc i miejsce wydaje się nieco sympatyczniejsze; jak do tej pory wschód Polski bardzo mi się spodobał!

Najbardziej wschodni punkt Polski oczywiście jest opatrzony tabliczką o granicy

Najbardziej wysunięte na wschód stawy hodowlane Polski :)

Udało nam się dojechać prawie na granicę! Po lewej widać przejście Zosin-Ustiług

Zosin - tu kończy się Polska

Klimaty na wschodzie Polski


Na granicy nie czekamy ani sekundy na kontrolę. Polacy przepuszczają nas bez problemów (tylko pieczątki niet, nie dało się za bardzo poprosić :( ), po stronie polskiej przejście wygląda bardzo zwyczajnie, chyba jest jednym z mniejszych. Przejeżdżamy kratownicowy most i jesteśmy już u naszych sąsiadów. Tu już zdecydowanie wschodnie klimaty, pogranicznicy pokrzykują na wszystkich "do samochodu", na dachu terminala wielki napis "Ustiług" (oczywiście cyrylicą - jesteśmy w końcu na Ukrainie).

Zosin - most na Bugu, wjazd na Ukrainę


Zaraz za granicą próbujemy wymienić kasę, przygraniczny Ustiług wygląda na wymarły. Kantoru za bardzo nie widać, na pierwszej stacji benzynowej facet (chyba dość wkurzony), na pytanie, czy można wymienić, odpowiada "nie, nie można" i zatrzaskuje nam szybkę przed nosem. Na kolejnej dowiadujemy się od babki, że "zona jest na końcu Ustiługa, to tam można wymienić". No i jej nie posłuchaliśmy... ostatecznie wymieniamy na trzeciej już stacji benzynowej (kurs bandycki - 6,35 UAH za PLN - bankowy to 6,88, tym sposobem jesteśmy w plecy jakieś 15 zł). Potem jeszcze tankujemy (ale znowu na następnej stacji ;) ) i jedziemy. "Zona" okazuje się wielkim zbiorowiskiem budek, pod którymi kręcą się różni ludzie... mnie jakoś w ogóle do siebie nie przekonuje, uciekamy stamtąd czym prędzej.

Obieramy kierunek na Luboml. Słyszałem przed wyjazdem, że na drodze Wołodymyr Wołynski - Luboml "prawie nie ma asfaltu" - no to już samo to było powodem, żeby ją przetestować. Asfalt jest, i to w części nawet nowy, reszta drogi niby jest trochę dziurawa, ale jeździliśmy już gorszymi, choćby w Mołdawii... no to się spóźniliśmy na brak asfaltu :(

Za Lubomlem mało co nie wpadamy na furę z sianem - pomimo tego, że jeszcze zachodzi słońce, to jest dość ciemno i ledwo cokolwiek widać - aż przypomina mi się nocny traktor na górskiej trasie w Czarnogórze...

Pierwszy wieczór na ukraińskim Polesiu


Biwak znajdujemy nieopodal Zgoran, nad Wielikim Zgoranskim Jeziorem. Chociaż jest już 23, to jeszcze cały czas można zrobić wieczorne zdjęcie jeziora (łuna zachodzącego słońca do tej pory się nie schowała). Niedaleko nas jest parę innych namiotów - które zajęły już co większe plaże, więc musimy się rozstawić na jednej z mniejszych (ale i tak sympatycznych). Udaje mi się jeszcze odnotować, że spanie na macie jest naprawdę wygodne - i chwilę potem zasypiam, po przejechanych blisko 500 km.

Może zainteresować Cię też:





Na Ukrainę jeżdżę od 2014 roku - byłem już m.in. we Lwowie, w Kijowie, na wybrzeżu czy na Polesiu (i ciągle mam ochotę na więcej!). Sylwestrowy wyjazd 2014/15 był moim pierwszym pobytem w tym kraju i jedną z pierwszych wycieczek zagranicznych. Wybierasz się tam? Przeczytaj moje ukraińskie teksty. A jeśli chcesz dowiadywać się o moich podróżach na bieżąco, dołącz do grona czytelników na Facebooku! (fb.com/zamiedzaidalej)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz