niedziela, 8 lutego 2015

Zwiedzanie Lwowa, ukraińska Polonia i dziury.

1 stycznia 2015
Wstajemy ok. 9. Od razu, po standardowym ogarnięciu się, nie oglądając się, jedziemy do Lwowa - naszymi celami są dwa cmentarze: Łyczakowski i Orląt Lwowskich (wczoraj zabrakło chęci na zwiedzenie ich nocą). Na cmentarzu jesteśmy ok. 11 - cisza i spokój, oprócz nas nikogo nie ma.


Dosłownie 10 sekund po tym, jak wysiedliśmy z samochodu, podchodzi do nas facet z gazetą. Jak się okazuje, jest ona po polsku (wydawana przez lwowską Polonię). Kupujemy - proponuje nam oprowadzenie po cmentarzach, chce za to 20 zł. Zgadzamy się i kupujemy w kasie bilety wstępu.
Facet, jak się okazuje, jest Polakiem z ukraińskim obywatelstwem (po polsku mówi bardzo dobrze); bardzo ciekawie oprowadza nas po nekropoliach. Rozmawiamy z nim też o Polsce, Ukrainie i oczywiście o Lwowie - najlepsze było to, że nie mówi jak przewodnik, tylko jak człowiek (tzn. opowiada różne ciekawostki, mówi o interesujących rzeczach - po prostu da się z nim normalnie, po ludzku pogadać i dowiedzieć się nieco o Ukrainie z punktu widzenia lokalsa).


Cmentarz Orląt Lwowskich podoba mi się znacznie mniej niż Łyczakowski. Taki nienaturalny, wygląda bardzo zachodnio i nowocześnie... no, po prostu bez "duszy".



Nasza przechadzka po cmentarzu trwa ok. godzinę; przy pożegnaniu płacimy naszemu przewodnikowi... 50 zł, a nie 20 (naprawdę, warto!). Niestety, o 12 żegnamy się z nim (i z cmentarzem) i jedziemy na dworzec kolejowy (sprawdzić płatzkarty w kierunku Mołdawii i obejrzeć sam budynek). Dworzec okazuje się ładny, ale Mołdawię zostawiamy na inną okazję (mogłoby braknąć kasy) ;)



Po wizycie na dworcu, udajemy się na targ staroci - tego się nie da opisać słowami, to trzeba zobaczyć lub przynajmniej obejrzeć zdjęcia :)


Generalnie rzecz biorąc, za wschodnią granicą warto kupować w tego typu miejscach, bo większość przedmiotów jest tania, a można wyhaczyć całkiem ciekawe rzeczy z "duszą" ;)

Po wizycie na bazarze, idziemy na 2 pizze (wiem, niby żaden folklor). Jednak akurat te bardzo nam smakowały (margherita i hawajska). Na zewnątrz świętowanie Nowego Roku, a my po burżujsku szalejemy :)




Później przekąszamy jeszcze burek (wersja ukraińska) z baraniną (na straganie), takie same, jak wczoraj - też bardzo dobre, ukraińskie danie (były też wersje serowe, równie smaczne) :)


Na koniec pobytu we Lwowie, idziemy do McDonalda (nie, nie po to, żeby tam jeść, zresztą byłoby to dość trudne po 2 pizzach i burku :P), tylko po to, żeby napisać relację na żywo na FB - jest parę minut po godzinie 17.
Ostatecznie Lwów opuszczamy dopiero o 18 i postanawiamy pojechać już w kierunku Polski. Nie chcemy powtórki z Korczowej, więc obieramy trasę na Krościenko. To jest co prawda tylko 120 km (jakieś 2 godziny z tego śpię), ale jedziemy... ponad 4 godziny; na granicy jesteśmy o 22.20 ukraińskiego czasu. Ukraina żegna nas dziurami na drodze:



 Wydajemy ostatnie pieniądze na granicy; odprawa graniczna szybko i sprawnie - "cofamy się w czasie" (w Polsce jest dopiero 21.30).


Później jedziemy już w kierunku Krakowa (po drodze oglądając stok narciarski w Ustrzykach Dolnych). Z mniejszymi lub większymi przerwami śpię w samochodzie (mniej więcej od 1.30 do 5) - podróż kończy się ostatecznie o 5 rano 2 stycznia 2015 roku.

Będzie jeszcze mały wpis podsumowująco-wspomnieniowy, ale to za jakiś czas. :)

S.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz