wtorek, 29 września 2015

Przez zapomniane, serbskie góry.

19 lipca 2015
Budzimy się o 8. Po śniadaniu (złożonym głównie z owoców) i ogarnięciu się wyjeżdżamy z naszej miejscówki. Naszym celem są okolice Parku Narodowego Tara, do którego mamy jakieś 200 km, gps pokazuje, że zajmie nam to jakieś 4 godziny... później okaże się, jak bardzo się mylił.





Jedziemy przez Rumę, Sabac (tu przekraczamy geograficznie oficjalną granicę Bałkanów, rzekę Savę), Zavlakę do chyba nikomu nieznanego miasteczka Bela Crkva. Tam, po "obmyciu" się w święconej wodzie i krótkim zwiedzaniu białej cerkwi, od której wzięła nazwę miejscowość, zaczynamy jazdę przez pierwszą część totalnie zapomnianych gór. Droga (chociaż bardziej pasowałoby tu "dróżka") jest częściowo szutrowa, ma szerokość 1 samochodu... naprawdę interesujące miejsce! Poza szlakiem w 100% ;)




















Niestety, nie ma róży bez kolców - minus tej drogi jest taki, że jedzie się wolniej niż na Ukrainie czy w Mołdawii - trasa niespełna 10 km zajmuje nam 40 minut... w końcu dojeżdżamy do pól. Mamy wybór - albo jechać tak dalej, albo zobaczyć, czy nie ma przejazdu do "główniejszej" drogi (którą stąd widzimy). Wybieramy drugą opcję, bo nie dalibyśmy rady jechać w taki sposób...

Przejeżdżamy kilkaset metrów i... główna droga jest! Tyle że żeby się do niej dostać, trzeba przejechać autem przez rzekę o wdzięcznej nazwie Jadar. Sprawdzam głębokość... w najgłębszym miejscu to może 40 cm. Oczywiście, po przebyciu rzeki nie obyło się bez odświeżenia się w chłodnej i czystej (mimo tego, że przejechaliśmy przez nią) wodzie. Zresztą oprócz nas było paru Serbów, którzy kąpali się tam, jeszcze zanim przyjechaliśmy - jakby woda nie była czysta, to trudno byłoby się w niej kąpać.

Potem podążamy dalej, ale już "szybszą" drogą (jest 12.30). Po zatankowaniu do pełna za coś koło 215 PLN, uderzamy w kierunku Bajina Basta - "stolicy" Parku Narodowego Tara. Jednak już po 40 km opuszczamy główną drogę (zaczyna się druga część zapomnianych gór) i skręcamy w bok; jedziemy bardzo różnymi nawierzchniami (od szutru do asfaltu). Po drodze zatrzymujemy się na jedzenie arbuzów nad rzeką (o kolejnej wdzięcznej nazwie Obnica) - były naprawdę przepyszne!

W końcu, ku naszemu zaskoczeniu, wyjeżdżamy na dobrej jakości asfaltową drogę. Zauważamy tamę (nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności przejechania przez nią!) i zjeżdżamy drogą w dolinę rzeki. Jedziemy zgodnie z GPS-em, aż w końcu docieramy do niewielkich górskich jeziorek (pewnie będą o nich informacje praktyczne, na razie nie będę jakoś bardzo mocno spoilerować). Wokół sami Serbowie (widocznie jest to wśród nich popularne miejsce na weekend).











Jeziorka są 2, połączone niewielkimi wodospadami (oprócz tego, między wodospadami jest kilka mniejszych jeziorek). Jeden z tych zbiorników (wyżej położony) leży na rzece. No i tutaj zaczęła się niezła "zabawa" z moim aparatem - wpadłem z nim do wody! Żeby było śmieszniej, wpadłem w ubraniu, jak aparat był włączony. Po prostu w jednym z mniejszych jeziorek skrzywiła mi się noga i... wywrotka do wody gotowa. No cóż, przynajmniej prysznic zaliczony ;) a aparat oczywiście wyłączyłem, położyłem w w miarę nasłonecznionym miejscu w aucie i wyciągnąłem kartę pamięci, żeby wysechł.

Oprócz tego, na tych jeziorkach wreszcie doświadczamy jakiegoś przejawu gościnności Serbów - jeden z nich proponuje Tacie piwo (ten ostatni nie może go przyjąć, bo jest kierowcą). Byłoby to na tyle, jak chodzi o atrakcje jeziorek.

Do sławnego już domu na Drinie na granicy z Bośnią, mamy jakieś 55 km. Znów jedziemy różną nawierzchnią - od szutrówek po asfaltowe odcinki. Jest już 15.30, wypadałoby coś wrzucić na ząb - pierwsze miejsce, które zauważamy... no niestety, nie mają jedzenia (tylko picie). Paręnaście kilometrów przed tym domem, zatrzymujemy się na małą sesję zdjęciową, ale zaraz znowu w drogę. Jeszcze trochę dalej wreszcie zajeżdżamy do knajpki nad samą Driną, decyduję się włączyć mój aparat - niestety, tylko część funkcji działa, reszta nie. Zaraz go wyłączam i przez kolejne 1,5 dnia robię zdjęcia aparatem Taty i telefonem.

W knajpce zamawiamy bardziej obiadowe jedzenie (m.in. mijesano meso - czyli po prostu mix różnych mięs, to akurat było moje), jedna porcja kosztuje na polskie 20 PLN (600 RSD) - bardzo przyzwoite jedzenie, w cenie jak dla mnie znośnej (tym bardziej, że do zrobienia czegoś takiego mięso musi być porządne). Tak czy inaczej było przepyszne!








Trochę za knajpką, na przedmieściach Bajiny Basty, wreszcie znajdujemy dom na Drinie. Niestety, można go zobaczyć tylko z brzegu... ale wygląda ładnie (chociaż nie jest to miejsce typu "koniecznie trzeba". Nie. To warto zobaczyć, jak trasa biegnie gdzieś niedaleko).

Po sesji fotograficznej, postanawiamy jechać dalej. Mieliśmy zajrzeć jeszcze do Parku Narodowego Tara, ale jest już 18.30, a jutro chcielibyśmy wjechać do Czarnogóry (mamy tylko 13 dni na ten wyjazd...). Z jednej strony trochę żałujemy tego parku, bo podobno warto go zobaczyć, a z drugiej każda droga będzie na swój sposób ciekawa :)







Po 2 godzinach drogi od wyjazdu z Bajina Basta, jesteśmy przy wodospadzie Gostilje (80 km od miasteczka, w górach Zlatibor). Miejsce całkiem fajne (szczególnie ruiny na dole wodospadu ;) ), ale atmosferę psuje hotelo-restauracja na szczycie. Po tradycyjnym obfotografowaniu i popodziwianiu wodospadu, zwijamy się stamtąd (zaczyna się ściemniać, a my nie mamy ochoty tam spać, ze względu na to, że to po prostu miejsce "nieprzyjazne spaniu na dziko"). Ostatecznie jedziemy ok. 10 km i rozbijamy się na 1050 m.n.p.m, na "lasopołoninie", blisko jednej z wiosek, ale w miarę odludnie. Wokół latają świetliki, a my idziemy spać.


Przejechaliśmy 266 km (sam się dziwię, że tak dużo! ;) )

Może zainteresować Cię też:
W Serbii byłem do tej pory 3 razy. Wybierasz się tam? Przeczytaj moje teksty o niej. A jeśli chcesz dowiadywać się o, co u mnie i o moich podróżach na bieżąco, dołącz do grona czytelników na FB (facebook.com/zamiedzaidalej).

S.

30 komentarzy:

  1. jeszcze nie zbadane przeze mnie tereny, artykuł wciąga i chce się czytać dalsze relacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Polecam zbadać te miejsca - idealne dla miłośników podróży poza szlakiem :)

      Usuń
  2. Swietne zdjecia, oddaja klimat wyprawy. Mam nadzieje, ze kiedys dotre i tam :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby, bo Serbia niestety powoli staje się turystyczna (nie następuje to na szczęście w takim tempie jak w Albanii). Dzięki :)

      Usuń
  3. Fajna przygoda :) Te dróżki mają coś w sobie, ale jedzie się po nich jak żółw!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet jak ślimak ;) chyba szybciej byłoby rowerem albo na pieszkam (ok, przesadzam trochę), bo wąsko na 1 samochód i jedzie się 10 na godzinę :)

      Usuń
  4. Dzikie Bałkany, świetna rzecz. Na niektórych zdjęciach widać jak bardzo nam blisko tam. Niektóre widoki naprawdę swojskie. Trochę mnie to zaskoczyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej powiedziałbym, że "nieodkryte", bo dzika w moim pojęciu może być dżungla amazońska ;) (ale nazewnictwo to raczej drugorzędna sprawa). Rzeczywiście jest dosyć blisko - z Krakowa tylko trochę więcej niż nad polskie morze. :)

      Usuń
  5. Nigdy mnie nie ciągnęło na Bałkany ale coraz więcej czytam o tych rejonach i bardzo się inspiruję :) Bardzo fajna relacja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Bałkany są naprawdę fajną destynacją :)

      Usuń
  6. Fajna trasa :) Podobno Bałkany są bardzo malownicze. Dużo ostatnio o nich słyszałam i czytałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Bałkany są naprawdę malowniczym miejscem (chociaż to tak duży region, że jest malowniczy naprawdę na różne sposoby). Polecam się wybrać!

      Usuń
  7. Przypadkiem trafiłem na ten blog. Była Jugosławia to wciąż nieodkryty teren. Bardzo ciekawa lektura :) Zapraszam do mnie: przemoteam.blogspot.com. Ja póki co tylko po Polsce podróżuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Ten tekst pisałem jakieś 4h, więc tym bardziej mi miło, że doceniasz moją pracę :) a co do podróży po Polsce - od czegoś trzeba zacząć, a podróżowanie jest zawsze fajne. O ile jest samodzielne :)

      Usuń
  8. Wiata na skale super. Dobrze zrozumiałem, ze to restauracja, dowożą jedzenie łódką?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie wiata, tylko domek. ;) i nie, to nie jest restauracja (restauracja jest na brzegu), raczej chyba coś, gdzie można po dogadaniu się z właścicielami popłynąć ich łódką/kajakiem. Aczkolwiek niewykluczone, że restauracja i domek mają tego samego właściciela.

      Usuń
  9. No właśnie jakby się długo zabiesiadować mógłby być problem z fizjologią

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mógłby być i to dosyć poważny, bo raczej tam nie ma żadnych sanitariatów (z racji tego, że ten domek ma 46 lat, jest na wyspie i zbudowali go nastolatkowie, którzy chcieli mieć miejsce do wypoczynku).

      Usuń
  10. Zabiję cię! Przeczytałam do kawy i teraz arbuzów mi się zachciało, w Kato teraz dobrych nie uświadczysz, a najbliższy wyjazd nie w sezonie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Krk to samo :/, arbuzy teraz są tylko importowane (czyt. drogie i niedobre ;) ).

      Usuń
  11. Bałkany są niesamowite, ale uderzyło mnie na zdjęciach to co widzialam już na Wschodzie. Może być biednie, ale w świątynie zawsze na bogato!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście bardzo często jest tak, że państwu daleko do Europy Zachodniej (zarówno geograficznie, jak i ekonomicznie), ale cerkiew/kościół musi wyglądać. Inna sprawa, że dzięki temu może być co zwiedzać ;)

      Usuń
  12. Jak tam wyglądają ceny? tzn może bardziej jak się kształtują... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie jest tanio. Będzie zresztą o tym jeden z kolejnych wpisów, za (pewnie) ok. 2 tyg. :)

      Usuń