piątek, 29 kwietnia 2016

Północna Bośnia i Hercegowina, Chorwacja w tranzycie, serbski Sombor i nocleg na Węgrzech.

W czasie wyjazdu prędzej czy później nadchodzi taki smutny czas, kiedy musimy się rozstać z regionem, po którym podróżowaliśmy. Tak też jest i w naszym przypadku - bardzo lubimy Bałkany, a rozstania z nimi... wiadomo, są niezbyt fajne.

Jednak zanim opuścimy Bałkany, chcemy jak najwięcej skorzystać z pobytu w tej części świata. Na początku jedziemy przez północną część Bośni (okolice Banja Luki i Derventy). Ten region zrobił na mnie bardzo sympatyczne wrażenie - pagórkowaty i taki... autentyczny; kto był, wie, o co mi chodzi. Po prostu podobają mi się te klimaty!

Po paru godzinach jazdy przez północ Bośni i Hercegowiny, dojeżdżamy do bośniacko-chorwackiego przejścia granicznego w Bosanskim Brodzie. Samo przejście zasługuje na uwagę - w zasadzie przylegają do niego budynki, zdaje się być w samym środku miasta. Po bośniackiej stronie znudzony facet wbija mi wyjazdową pieczątkę (na moją prośbę), w Chorwacji nawet nie zdążam otworzyć ust, na widok bordowych paszportów od razu nas puszczają.








Chorwację chcemy potraktować tylko tranzytowo, bo niezbyt przypadła nam do gustu, poza tym jest zwyczajnie droga. 120 km w tranzycie pokonujemy bardzo szybko; gdzieś w połowie drogi widzimy przy jakimś domu kilka fajnych rzeźb z drewna, robimy zdjęcia i jedziemy dalej. Trasa przez pola i łąki nie dłuży się specjalnie i o 15.30 jesteśmy na granicy chorwacko-serbskiej, na przejściu granicznym Erdut/Bogojevo. Obie odprawy bardzo szybkie, wszystko zajmuje góra 20 minut.








Naszym celem w Serbii jest miasto Sombor. Domyślamy się, że jest całkiem ładne (rok wcześniej byliśmy w dość podobnej do niego Suboticy, która nam się podobała), do tego chcemy coś zjeść. Po chwili poszukiwań, znajdujemy baro-knajpkę i oddajemy się degustacji serbskiej kuchni; ja akurat jem cevapi (cevapcici) i palacinki. Generalnie cevapi jest bardzo smaczne i niedrogie (240 RSD/8 zł), natomiast palacinki takie sobie... w Czarnogórze były lepsze!

Po obiedzie wracamy do auta i okazuje się, że nie ma gdzie zapłacić za parking. Tata zagaduje do faceta w pobliżu, gdzie to można zrobić. Dowiadujemy się, że trzeba iść do "Parking Service", czyli po prostu do biura parkingowych. Babka w biurze bardzo miła, jak słyszy, że my z Polski, to się pyta, jak się tu znaleźliśmy. Tata jej odpowiada, że "przypadkiem" (co zresztą jest nawet zgodne z prawdą, bo pomysł odwiedzenia Somboru wpadł nam do głowy kilka godzin wcześniej). Na to ona po polsku, że w Somborze można się znaleźć tylko przypadkiem ;) ostatecznie nie płacimy nic za parking.

Ogólnie Sombor bardzo nam podszedł - miasto jest rzeczywiście ładne (powęgierskie, podobnie jak większość miejscowości w tym regionie), nie jest drogo i czuć zdecydowanie inny klimat, niż na zachodzie.








Po Somborze kierujemy się na Bezdan i Backi Breg; jest dopiero godzina 18., więc rozbijanie się na dziko w Serbii niestety średnio ma sens. W Bezdan tankujemy do pełna (na Węgrzech paliwo jest droższe) i... na granicę! Kupujemy jeszcze arbuza, żeby było co jeść wieczorem. Na granicy niestety... nie dostaję pieczątki wyjazdowej z Serbii, mimo mojej prośby :( tak mnie to demotywuje, że po węgierskiej stronie nawet nie proszę o stempelek.

Całą granicę pokonujemy w 15 minut (z pierwszą kontrolą celną na tym wyjeździe - sic!), jest 19.35, a my właśnie wyjechaliśmy z Bałkanów. Postanawiamy jechać do skutku - w okolicach 21., rozbijamy namiot na polu (średnio ciekawa miejscówka) w okolicy miejscowości Kalocsa, ok. 80 km od granicy. To już mój 25. nocleg na dziko!


        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz