sobota, 7 października 2017

Burzowe Karpaty i droga na wschód

25 lipca 2017

Budzą mnie grzmoty. Jest pierwsza w nocy, leje, wieje i błyska. Cztery burze jedna za drugą... dobrze, że wczoraj postawiliśmy tropik, bo inaczej mogłoby być niewesoło. Leżę tak dobre 2 godziny, aż w końcu, upewniwszy się, że ulewa przeszła, padam na twarz w namiocie.

Krajobraz ukraińskich Karpat - okolice Kołoczawy


Dzisiaj nasza nadrzeczna miejscówka w ogóle nie przypomina tej sprzed kilkunastu godzin. Kamienie leżą w błocie, a wokół kałuże wody... wczoraj zamiast wody była oświetlona wieczornym słońcem trawa. Zmierzamy na wschód, chcemy dzisiaj dotrzeć do Koźmieszczyka, punktu wyjścia na Howerlę.

Kołoczawa - rzeka po ulewie (lipiec 2017)

Kołoczawa - lekko zalany teren nadrzeczny


Suniemy mniej lub bardziej dziurawą drogą, czasami przechodzącą w szuter. Do Dubowego (50 km) docieramy po jakichś 4 godzinach, tym bardziej że zatrzymujemy się między innymi przy mostku. Ten jest bujany i wiszący - człowiek ma czasami wątpliwości, czy nie spadnie wprost do brązowawej wody - tym bardziej, że jak idziemy, to się trzęsie + kładka jest dość krzywo zawieszona ;)

Górska droga w ukraińskich Karpatach.

Bujana kładka nad rzeką (Ukraina, Zakarpacie)


Gdzieś po drodze chcemy naprawić tłumik, który lekko naderwaliśmy na Borżawie. Okazja sama się nadarza, bo wkrótce znajdujemy drut i przydrożny "kanał" - ale po jego użyciu silnik chodzi dużo głośniej, tak czy inaczej bez sensu. Szukamy jakiegoś mechanika ze spawarką - jeden nie wie, drugi nie ma czasu, trzeci mówi, że "majster będzie w następnej wiosce". W następnej wiosce dowiadujemy się natomiast, że "Sasza gdzieś poszedł" i tak w koło Macieju - łącznie zajeżdżamy chyba do 7 warsztatów, powoli zaczyna robić się śmiesznie. Ostatecznie chrzanimy mechaników i po prostu wyjmujemy drut.

Dojeżdżamy do miasteczka Sołotwyno, które wita nas domami. Olbrzymie rezydencje, mają po 3 piętra (skojarzenia z niektórymi wioskami w Rumunii jak najbardziej uzasadnione, bo granica jest może 2 km stąd). Poza tym nad miejscowością góruje stara, wyglądająca na zrujnowaną kopalnia soli. Nie decydujemy się na zwiedzanie i kierujemy się w stronę Howerli.

Sołotwyno najwidoczniej jest osiedlem wielkich domów

Sołotwyno - prawie jak Huta Certeze

"Sołotwyno" wzięło swoją nazwę właśnie od soli


Zaraz potem zatrzymuje nas drogówka. Mówią nam, że jesteśmy pijani (limit 0,2 - a alkomat pokazuje 0,26... myślę, że folia, w której był ustnik, mogła być nasączona spirytusem - Tata nic nie pił), chcą pisać mandat na 11 000 UAH (ok. 1 500 zł), ale ostatecznie kończy się na 700 UAH + 100 zł (200 jest im mało, to mają jeszcze 500 + polskie 100 zł) - niech się udławią. Żeby było zabawniej, to następnego dnia zobaczymy, że nie wzięli banknotu 500 UAH (więc ostatecznie dostają 200 UAH + 100 zł, czyli razem ok. 130 zł).

Niedługo później rozpętuje się kolejna nawałnica. Leje, grzmi... na drodze leżą połamane dosłownie przed chwilą gałęzie, prawie nic nie widać. Ściana deszczu. Przez jakiś czas jedziemy wzdłuż granicy z Rumunią, a potem, po minięciu starego mostu granicznego, zagłębiamy się w Ukrainę. Ostatecznie w okolicach Koźmieszczyka postanawiamy dać sobie spokój z Howerlą - tym bardziej, że widocznie nad Karpatami postanowiły zadomowić się burze. A mogliśmy jechać z Sołotwyna do Rumunii ;)

Na obiad zatrzymujemy się w Worochcie. Kafe, w którym się zatrzymaliśmy, jest raczej dla miejscowych, "inostrańcy" chyba tu nie zaglądają. Przy sąsiednim stoliku (6 facetów, średnia wieku raczej ponad 40-tkę) zaczyna się długa dysputa o czasach okupacji i polityce... w międzyczasie jeden z Ukraińców bucha resztę z baru (parę hrywni) - po czym zostaje wyprowadzony na zewnątrz przez swoich kamratów. Widocznie obyło się bez wcirów, bo kiedy wychodzimy, część towarzystwa pali już fajkę pokoju ;)

Worochta, kafebar. Nie ma tłoku

Wareniki w kafebarze


Śpimy w przydrożnym motelu pod miejscowością o wdzięcznej nazwie Kosiw (Kosów). Mamy pokój za 300 UAH. Do łazienki idzie się przez balkon, a do naszej kwatery "odbijającymi" betonowymi schodami - lubię! Za to sam pokój jest cały wyłożony drewnem, w końcu jesteśmy w górach. Później nie dzieje się już nic specjalnego - może poza tym, że podejmujemy jeszcze decyzję o kierowaniu się prosto do Rumunii (czyli jednak omijamy Mołdawię i ukraińskie wybrzeże) i dość szybko zasypiamy.

Zamglone, niewyraźne okolice Kosiwa

"Odbijające" schody do pokoju


Może zainteresować Cię też:





Na Ukrainę jeżdżę od 2014 roku - byłem już m.in. we Lwowie, w Kijowie, na wybrzeżu czy na Polesiu (i ciągle mam ochotę na więcej!). Sylwestrowy wyjazd 2014/15 był moim pierwszym pobytem w tym kraju i jedną z pierwszych wycieczek zagranicznych. Wybierasz się tam? Przeczytaj moje ukraińskie teksty. A jeśli chcesz dowiadywać się o moich podróżach na bieżąco, dołącz do grona czytelników na Facebooku! (fb.com/zamiedzaidalej)

2 komentarze:

  1. Ukraińska drogówka musi co jakiś czas przypomnieć swoją niechlubną opinię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to był pierwszy raz, kiedy się z tym spotkałem - wcześniej byliśmy też na centralnej Ukrainie, koło Odessy i parę razy na zachodzie (poza górami - tylko Tata był na motorze). no i wychodzi, że "wziatki" są głównie w ukraińskich Karpatach

      Usuń