wtorek, 28 lipca 2020

Balkan Nature Trip 2020. Część 1 - podróż przez Słowację na Węgry w dobie epidemii

12 lipca 2020

Zaraz po zagłosowaniu w wyborach prezydenckich ruszamy z Polski. W okolicach 9 rano wyjeżdżamy z Krakowa. Kierunek - Bałkany, kolejną wycieczkę - Balkan Nature Trip 2020 czas zacząć! Chcemy dojechać na Węgry, jak najbliżej granicy z Serbią, a może nawet ją przekroczyć.

Słoneczniki na Węgrzech, w okolicach Jaszbereny



Naród ciągnie w Tatry i z nich wraca, zakopianka przykorkowana w obu kierunkach - zjazd z niej w Nowym Targu od razu skutkuje poczuciem ulgi. Przejeżdżamy już klasyczną trasą na Jurgów i już Słowacja. To pierwszy pobyt za granicą po zniesieniu obostrzeń - jest lekki stres, czy nie będzie żadnych problemów granicznych w trakcie podróży.

Dzisiaj traktujemy Słowację tranzytowo, zaraz za Popradem tylko szybki postój na zdjęcia (Tatry są dzisiaj trochę zachmurzone, a z tej odległości widać, że to bardzo małe pasmo. Wstyd się przyznać, nie byłem w stanie rozpoznać żadnego ze szczytów - moja znajomość topografii po słowackiej stronie kuleje). Pierwsze od ponad roku (!) spojrzenie na te góry z bliska od południowej strony powoduje, że mam ochotę tam wrócić. Zwłaszcza, że słowacka strona to póki co dla mnie terra incognita (z wyjątkiem pojedynczych szlaków). Za to po drugiej stronie drogi łagodne pagórki pokryte łąkami - i pełno przestrzeni. Za każdym razem, jak jestem na Słowacji (a jeżdżę tam od 15 lat!), dziwi mnie ilość miejsca, jaka tam jest - zwłaszcza, że to relatywnie niewielki kraj.

Tatry Bielskie są dziś zachmurzone

Poprad i Tatry Wysokie

Łąki w okolicach Popradu


Zagłębiamy się w Słowację, przejeżdżamy miasteczko Vernar (już tradycyjnie, zaczynaliśmy tak większość bałkańskich wyjazdów) i kierujemy się w stronę Tisovca. W międzyczasie tabliczka z napisem "platnos't 7 km" (płatność, czy co? po powrocie okazało się, że to znaczy "wejście w życie"...) i zakazem ruchu - ale bez problemu przejeżdżamy. 7 kilometrów mija, nagle wyrasta przed nami objazd leśną drogą i wahadło (stoimy dobre 20 minut, aż się zastanawiamy, czy to światło się w ogóle zmieni). Objazd jest poprowadzony serpentynami po lesie - więc już Słowacja zapewnia nam przedsmak bałkańskich dróg [a równocześnie w mojej głowie kiełkuje myśl, żeby poznać też inne niż Tatry słowackie pasma :D ]. Również tradycyjnie mijamy słynny wiadukt kolejowy w wiosce Telgart, jedziemy słowackimi zadupiami i ciśniemy na Tisovec.

Wiadukt kolejowy w Telgart


Zjadamy jeszcze haluszki (słowackie kluski ziemniaczane z bryndzą i smażonym boczkiem, będące jedną z flagowych potraw z tego kraju - jedno z lepszych dań zza południowej granicy, sycące prawie tak jak bałkańskie jedzenie!). Tuż przed granicą postój wśród zielonych pagórów. Góry się już obniżyły, widać, że za chwilę wjedziemy na Wielką Nizinę Węgierską i przez najbliższe 400 km nie zobaczymy ani jednej górki - będą za to pola po horyzont. Do Węgier docieramy około godziny 18, nie ma szans wjechać dzisiaj do Serbii (tym bardziej, że boczne przejścia graniczne są otwarte tylko od 7.00 do 19.00).

Słowackie haluszki z bryndzą

Pogranicze Słowacji i Węgier to niezbyt wysokie góry


Góry rzeczywiście robią się coraz niższe, lasy zostają zastąpione przez winnice, w pewnym momencie widać maszt na najwyższym na Węgrzech szczycie Kekes. Szybko mijamy karpacki fragment Węgier, teren się wypłaszcza. Mijamy Salgotarjan, Hatvan, Jaszbereny, aż do Szolnoku. W okolicy tego ostatniego miasta robimy kolejną sesję zdjęciową - trzeba przyznać, że chociaż normalnie słoneczniki są nudnawe, to w promieniach zachodzącego słońca prezentują się całkiem fotogenicznie. W samym Szolnoku się nie zatrzymujemy, robię tylko zdjęcie helikopterowi na skrzyżowaniu (samo miasto jest znane na całe Węgry z tego, że jest tam muzeum lotnictwa).

Zachód słońca w słonecznikowo-słonecznych klimatach

Helikopter na rondzie w Szolnok


Mniej więcej w tych okolicach wybija 21 (a wraz z nią wyborcze exit polls...). Przejeżdżamy przemysłowe miasteczko Martfu i szukamy miejsca do spania. Wokół jest pełno śmieci, ale nie mamy siły już dalej jechać - zmuszeni sytuacją, wbijamy na polną drogę z widokiem na pszenicę. Zawsze to jakaś odmiana po hektarach słoneczników/kukurydzy. Komary tak tną, że tylko rozbijamy namiot i w trybie natychmiastowym wskakujemy do środka. Termometr wskazuje 16 stopni (nie żebym narzekał, tylko data w kalendarzu się trochę nie zgadza). No nic, może nie zamarzniemy. Na jutro plan jest na Serbię - tym samym na wjazd na Bałkany!


Zarówno na Słowacji, jak i na Węgrzech, byłem wiele razy, odwiedzając najróżniejsze regiony tych krajów - od północy aż na południe, odwiedzając zarówno góry, jak i niziny czy miasta. Wybierasz się tam? Przeczytaj moje słowackie i węgierskie teksty. Chciałbym też zaprosić Cię do polubienia mojego profilu na FB: fb.com/zamiedzaidalej - będzie mi bardzo miło! :D


Może zainteresować Cię też:






Share:

0 komentarze:

Publikowanie komentarza





W tej witrynie są wykorzystywane pliki cookie, których Google używa do świadczenia swoich usług i analizowania ruchu. Twój adres IP i nazwa użytkownika oraz dane dotyczące wydajności i bezpieczeństwa są udostępniane Google, by zapewnić odpowiednią jakość usług, generować statystyki użytkowania oraz wykrywać nadużycia i na nie reagować. (więcej informacji w polityce prywatności)

Poznajmy się!

Cześć! Mam na imię Szymon. Cieszę się, że się tu znalazłeś - nie pożałujesz! Znajdziesz tu relacje z moich podróży, praktyczne wskazówki i porady, fotografię podróżniczą i osobiste przemyślenia. Czytaj, oglądaj, inspiruj się i... ruszaj w świat! A jeśli chcesz mnie o coś zapytać, to zwyczajnie napisz do mnie w komentarzu, na Facebooku czy mailem. (więcej o mnie tutaj)

Wesprzyj mnie lajkiem! :)

Moje artykuły

© Szymon Król / Za miedzą i dalej 2020. Wszystkie prawa zastrzeżone/All rights reserved. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Blog Archive

BTemplates.com