Dzisiaj zostało nam już tylko kilkanaście ostatnich kilometrów w Rumunii, aż wjedziemy na Węgry i zaczniemy powrót już pełną gębą. Tankujemy się jeszcze przed granicą i po 600 km żegnamy się już z Rumunią. Węgrzy witają nas wesołym "Ciao", w ogóle nie widać po nich zmęczenia upałem (a wczoraj było 36 stopni, powietrze aż stoi). Cała odprawa trwa może trzy minuty, kolejki nie ma - więc przed południem rumuńskiego czasu zmieniamy kraj i przy okazji cofamy się w czasie, na zegarku dopiero 9.20 (a nie 10.20). Zapowiada się super!
Tak naprawdę w tym kraju chcemy głównie... zjeść langosza. Taka nasza mała świecka tradycja - ale dzisiaj mamy jeszcze drugą sprawę - górską! Tak, dobrze czytacie - górską sprawę na płaskich jak naleśnik Węgrzech. Szczyt, który chcemy zdobywać, ma nawet czterocyfrową wysokość ;)
Akurat tak wypada, że langosza jemy w Jaszbereny (tam, gdzie dwa lata temu). Wymieniamy kasę i ruszamy na podbój miasteczka! Ono nic się nie zmieniło, dalej spokój, dalej sennie i w zasadzie nic się nie dzieje. Langosz oczywiście pierwsza klasa - smak też bez zmian w porównaniu z tym, co kiedyś! Jedziemy przez Wielką Nizinę Węgierską; na razie mało się dzieje (jeśli nie liczyć łamania sobie języka na węgierskich nazwach miejscowości). Jest płasko i gorąco - ale po jakiejś godzinie w końcu wyrastają przed nami góry o wdzięcznej nazwie Matra, które z każdą chwilą się przybliżają - to właśnie tam się kierujemy!
Parkujemy (1200 HUF) i idziemy podbijać szczyt! Po niecałych 10 minutach stajemy na dachu Węgier - Kekes 1014 m.n.p.m. (a co, chociaż jedną górę z Korony Europy wypadałoby zdobyć ;) ) To chyba jeszcze bardziej lajtowy do zdobywania szczyt od tego, który był w Estonii - ale to już tysięcznik, poważna góra. Z ciekawszych rzeczy mamy symboliczny cmentarz motocyklistów (którzy chyba zginęli, próbując tu wjechać; są nawet ich kaski). Jest też plac zabaw i wyciąg narciarski - w sumie nigdy nie pomyślałbym, że na Węgrzech są jakieś stoki, na których można zjeżdżać! Widoki nie są zbyt porywające, bo większość panoramy to po prostu las /ale to może dlatego, że nie wychodziliśmy na wieżę telewizyjną - z której ponoć widać lepiej/. Rysy to nie są, ani nawet Mogielica - ale górka jest porośnięta ładnymi bukowymi lasami (swoją drogą w tym regionie zawsze podobały mi się właśnie one).
Pożegnanie z Węgrami jest prawie takie samo, jak z Rumunią. Też tankujemy i wjeżdżamy do kolejnego kraju - na Słowację! Dzisiaj, po raz pierwszy od dawna, jedziemy przez to państwo za dnia. Oczywiście naszą ulubioną trasą przez Rożnawę, więc widoki są pierwszorzędne (jest też kręto - taka droga mi się podoba! :D ). Trasa przestała mi się już tak dłużyć, teraz nie umieram z nudów na drodze przez Słowację. A po przejechaniu zakrętasów to już w ogóle - na wjeździe do Popradu mamy widoki na Tatry - od tej strony wydają się dużo większe, niż widziane od Polski! (swoją drogą ostatnio polubiłem te góry - kiedyś miałem myślenie pod tytułem "o matko, jakie te Tatry przereklamowane" i jeździłem tam raz na ruski rok)
W Kezmaroku szybkie zakupy, a potem już Łysa Polana... i po 2 tygodniach nieobecności wracamy do Polski! Jedziemy przez Bukowinę, akurat natykamy się na zamknięte drogi i sprzątanie po finale Tour de Pologne, właśnie dzisiaj się skończyło. Wyskakujemy na zakopiankę i już prostą drogą, w ciemnościach dojeżdżamy do Krakowa, w ogóle nie ma korków, ruch też dość mały (zaskoczenie - bo po wyścigu raczej powinny być korki). Do domu wchodzę na 3 minuty przed północą. Za nami 13 dni w trasie, ok. 4 tysięcy kilometrów i 5 krajów. BYŁO SUPER - DZIĘKI!!! :D
Może zainteresować Cię też:
Na Węgry jeżdżę od 2014 roku - udało mi się tam być już kilkanaście razy! Odwiedziłem Balaton, Budapeszt, ale też Góry Zemplińskie na wschodzie kraju czy rozległe południe Węgier. Wybierasz się tam? Przeczytaj moje artykuły o "Madziarach"! A jeśli chcesz dowiadywać się o tym, co u mnie (i o moich podróżach) na bieżąco, dołącz do grona fanów na Facebooku: fb.com/zamiedzaidalej. Będzie mi bardzo miło! :D
Szymon, a co to jest dokładnie ten langosz? To jest jakiś rodzaj naleśnika?
OdpowiedzUsuńtakie ciasto mączno-ziemniaczane z różnymi dodatkami - np. śmietaną i serem (chyba taki jest najbardziej popularny). Pyszne są i do tego tanie, bo kosztują parę złotych - a nawet ja potrafię się najeść ;)
UsuńNajwyższy szczyt Węgier to nie przelewki! ;) Czyżby to króryś krok do Korony Europy?
OdpowiedzUsuńA w sumie sama sobie odpowiedziałam na pytanie, zaglądając do zakładki "lista marzeń". :)
OdpowiedzUsuńmoże kiedyś zdobędę całą Koronę... do tej pory mam 4 szczyty ;))))
UsuńKlimaty, rzekłbym, bardzo niepoukładane, ale ten region naszego kontynentu taki już jest i ma to w sobie ogromny urok!
OdpowiedzUsuńpotwierdzam! lubię tą nieułożoność na Bałkanach i w okolicach
UsuńLangosze pamiętam, zawsze się je jadło właśnie na Węgrzech ;)
OdpowiedzUsuńnawet jak jestem na jeden dzień (bo to przejazd Węgry - Rumunia / Serbia albo na odwrót), to grzechem byłoby go nie zjeść... chociaż ostatnio w październiku jechaliśmy z Serbii przez Węgry i się nie udało (inna sprawa, że to było pomiędzy 1.30 a 7 rano ;) )
UsuńI jak smakował langosz?:) Na Kekes bardzo chętnie bym się wybrała :)
OdpowiedzUsuńjak zwykle pyszny! :D a Kekes samo w sobie jest całkiem spoko - chociaż z takich Rysów czy chociaż Śnieżki widoki jednak lepsze ;)
Usuń