środa, 12 lutego 2014

Rużomberok, pająk i narty.

Pierwszy wyjazd jako bloger podróżniczy miałem na Słowację. Bloga założyłem w sobotę, a już w środę (5 lutego 2014) ruszyliśmy na cztery dni - na narty do Rużomberoka.




Naszą pierwszą destynacją w czasie wyjazdu na Słowację jest Rużomberok. Wyjeżdżamy z domu i jedziemy zakopianką do granicy w Chyżnem. W okolicy Dolnego Kubina natrafiamy na jakieś remonty dróg, ale w końcu meldujemy się w Rużomberoku jakoś w okolicy godziny 13.

Pierwszym celem jest oczywiście poszukiwanie jakiejś kwartiry, którą znajdujemy w końcu w miasteczku Liskova, oddalonym o parę kilometrów od Rużomberoka (pomimo, że przyjechaliśmy na narty, to nie zależy nam na jakiejś super lokalizacji). Za 2 osoby płacimy 18 euro/noc (co jest dla nas w tym układzie ceną akceptowalną, zwłaszcza, że trudno znaleźć coś tańszego w lutym, w okolicach popularnego stoku)




Zaraz po przyjeździe jedziemy do hotelu Hrabovo... na imprezę. Po prostu umówiliśmy się z naszą rodziną i znajomymi (którzy tam spali), że pojedziemy do nich, żeby razem się spotkać. Bawiliśmy się do 23., potem uznajemy, że jak jutro mamy jeździć na nartach, to musimy iść spać o ludzkiej porze.

Wracając, po drodze zatrzymuje nas policja i każe dmuchać. Godzina 23.30, środa, -10 stopni, boczna droga... no ale alkomat nic nie wykazał. Zatrzymaliśmy sobie nawet ustnik na pamiątkę ;)

Zaraz po przyjeździe do kwatery, widzimy, że w zlewie chodzi sobie dosyć spory pająk. Nie, żebym jakoś bardzo bał się pająków, ale to trochę dziwne, żeby taki był na Słowacji w lutym ;) zaraz się go pozbywamy i idziemy spać w okolicach 1. w nocy.

Następny dzień, czwartek, był w całości poświęcony nartom. Od 9 do 17 cały czas jeździmy nartostradą (3 900 m) w Malino Brdo (koszt 2 skipassów 46 euro). W pewnym momencie jadę tak szybko, że Tata nie jest mnie w stanie dogonić; wyliczyłem sobie nawet, że średnia prędkość była ok. 40 km/h, co jak na niespełna 12-latka (tyle wtedy miałem) chyba jest całkiem sensownym wynikiem.

Na samym końcu wycieczki na stok, siedzimy i pijemy sobie wszyscy słynną słowacką wodę o smaku brusznicy... wtedy jeszcze te wody mi smakowały, ale jakoś ostatnio zrobiły się trochę plastikowe i po prostu niedobre.





Po 8 godzinach szusowania, wracamy na kwartirę spać, bo jutro wyjazd do Donovaly!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz