niedziela, 27 listopada 2016

Przejścia graniczne - jakie są?

Lubię klimat przejść granicznych. Jakoś tak mam, że raczej nie rusza mnie spędzenie dwóch godzin pomiędzy państwami czy nawet przeszukiwanie bagażu. Może to jest skutek tego, że kiedy miałem 10 lat, jedną z moich pierwszych granic [jeśli mowa o tych z kontrolą] była granica Izraela?

Polska strona granicy - Medyka/Szegini (PL/UA).

Kolejka do odprawy granicznej, Szegini (Ukraina).


Na granicy masz wrażenie, że zaraz zacznie się nowy etap podróży, coś ciekawego. Pieczątka wyjazdowa zostaje wbita do paszportu i jesteś na tak zwanym pasie ziemi niczyjej. Kilkaset metrów dalej kolejna kontrola graniczna - następna pieczątka wpada, następne przeglądanie bagażu - słowem, coś nowego.

(pieczątki na zdjęciach (jeszcze w starym paszporcie!) mają różne daty, ale to jest to samo przejście graniczne - Izrael/Jordania, Wadi Arava. Czasami nawet po ich wyglądzie widać, że zmieniliśmy krąg kulturowy)

Pieczątka wjazdowa (Jordania).

Pieczątka tranzytowa w Izraelu.



Kiedy jechaliśmy na Bałkany w 2015 roku, kilka miesięcy przed wybuchem kryzysu migracyjnego, wybraliśmy przejście graniczne (czy też - jak to jest nazywane po węgiersku - határátkelőhely) przeznaczone głównie dla lokalnych mieszkańców. Węgierska odprawa w nowym terminalu, standardy unijne, odprawiają nas szybko.

Przejście graniczne pomiędzy Węgrami i Serbią, węgierska odprawa.


Natomiast serbska strona granicy to już zupełnie inna para kaloszy. Pamiętająca chyba czasy socjalizmu wiata z równie starym szlabanem i budka urzędasa imigracyjnego. Tu akurat bardzo wyraźnie widać, jak zmieniło się po przejechaniu 100 metrów... jest tak bardziej po "wschodniemu", czuć, że opuściliśmy objęcia Unii Europejskiej i wjechaliśmy do innego kraju. I nie, wtedy nie było jeszcze muru na granicy Węgry-Serbia.

Terminal po stronie Serbii.


Inne przejście, pół roku później. Granica ukraińsko-słowacka, zimna styczniowa noc, -18 stopni. W końcu wjeżdżamy na teren przejścia; ukraiński celnik nie może się nadziwić, że nie mamy ze sobą papierosów. Udaje się bez pójścia na tak zwany kanał (czyt. przeszukanie absolutnie całego auta). Przychodzą służby graniczne Ukrainy, biorą nasze paszporty. Przez 40 minut czekamy, bo trochę długo to trwa... w końcu nam je przynoszą, stempelki wyjazdowe z Ukrainy są już wbite.

Natomiast w słowackim budynku imigracyjni i celnicy uwijają się dosłownie w chwilę. Dziesięć minut i jesteśmy już na terytorium UE! To samo, co w Serbii - 100 metrów, a taka różnica w mentalności. Co kraj, to obyczaj - to widać na granicy chyba najbardziej wyraźnie. I nie - Ukraina czy Serbia wcale nie są gorsze. To po prostu jest już kultura wschodnia i południowa - inna od najbardziej rozpowszechnionej w Polsce (zachodniej). Nie "gorsza". Po prostu inna.

Polskie wioski na Podkarpaciu...

...i droga przez ukraińskie 20 km dalej.


Naprawdę rzadko kiedy się zdarza, żeby istniejąca (tzn. taka z kontrolą) granica nie oddzielała dwóch mocno różniących się od siebie światów. Taka sytuacja przychodzi mi do głowy, jak myślę o Neum - bośniackie miasteczko, przecinające Chorwację na dwie części. Tam zmiana państwa była prawie niezauważalna... dopiero dalej, w Bośni, było czuć, że to już nie jest Chorwacja. Inna sprawa, że akurat w tym miejscu kontrola sprowadza się do popatrzenia na paszporty i w ogóle nie ma klimatu granicy. Chociaż w sumie kilometr dalej jest inne przejście (już ze standardową kontrolą), przeznaczone wyłącznie dla lokalnych mieszkańców... i tam też nie widać różnicy między jedną i drugą stroną granicy.

Przejście graniczne Neum - przeznaczone wyłącznie dla Chorwatów i Bośniaków.


Tak czy inaczej, nie traktuję granic jako "zła koniecznego". Granica jest pewnego rodzaju doświadczeniem, wjazdem do nowego kraju... i może być też np. urozmaiceniem dosyć monotonnej drogi, jak na przykład na przejściu granicznym pomiędzy Chorwacją i Serbią. Przy zmianie państwa zawsze się coś dzieje!

Serbia, okolice Somboru. Kilka kilometrów dalej, "nad pięknym, modrym Dunajem" jest posterunek graniczny z Chorwacją.

10 komentarzy:

  1. Ha! Świetny wpis i kolekcja granic! Zainspirowałeś mnie to przypomnienia sobie własnych "ciekawych granic". Chyba najlepsza była syryjsko-turecka niecały rok przed wojną, na której musieliśmy czekać 6 godzin bo system się zepsuł :) Nie wspomnę że byłam wtedy dość poważnie rozchorowana (zatrułam się w Turcji Wschodniej) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to nieźle :) udało Ci się załapać na ostatnią chwilę przed końcem podróży do Syrii :)

      Usuń
  2. Ja uwielbiam dostawać pieczątki na granicy, nawet jeśli oficjalnie ich nie dają, jak np. na Islandii, gdzie poprosiłam o stempel do paszportu przy wylocie :) Do tej pory najbardziej stresujące przekraczanie granicy miało miejsce w Birmie, w Rangun, ale to było jeszcze za czasów visa on arrival w 2010 roku i trzymali nas z godzinę. Oczywiście wszystko poszło OK, ale stres był no i te wizy były wtedy w Birmie nowością :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też bardzo lubię :) nawet na granicy Polska/Ukraina po polskiej stronie prosiłem. generalnie jak nie wiadomo z przepisami granicznymi, to potrafi być stresująco... w sumie np. ja się trochę stresowałem po 2 latach przerwy od wypełniania kartek migracyjnych na granicy z Rosją ;)

      Usuń
  3. Super post, fajna kolekcja przejść granicznych. Pamiętam jak za młodu kolekcjonowałam pieczątki w paszporcie... Ach, cóż to były za czasy :) Jedną z pierwszych w paszporcie była z Wielkiej Brytanii, na promie trzeba było wypełnić specjalne formularze, zostać zaakceptowanym przez celnika... I to oczekiwanie na granicach, radość z nowej pieczątki. Moja ostatnia pieczątka jest z Mauritiusa, z uroczym ptakiem dodo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak ja leciałem z Polski do Anglii, to pieczątki już nie dali... i w sumie żałuję, że nie poprosiłem. No cóż, zawsze jest pretekst do powrotu ;) a pieczątka z ptakiem rzeczywiście fajna!

      Usuń
  4. z tym urozmaiceniem podróży to się zgadzam, chociaż coś się dzieje i jest jakaś rozrywka. We mnie wciaż pozostał strach z dawnych, przedunijnych czasów, kiedy na granicy trzeba było być poważnym, dobrze się zachowywac i nie uśmiechać, bo twoje być albo nie być było w rękach pogranicznika. i niby czasy się zmieniły, ale takie zachowanie wciąż mi w głowie siedzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja pamiętam to "poker face" i brak uśmiechu z mojej pierwszej poważnej granicy - lotniska w Katowicach (i potem Egiptu/Izraela/Jordanii). Później już mi przeszło, i się zacząłem zachowywać normalnie

      Usuń
  5. Wiele wspomnień wróciło z różnych granic. Przekraczanie tychże ma w sobie coś wyjątkowego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. potwierdzam! Granica to rzeczywiście wyjątkowe miejsce (i to jeden z powodów, dla których nie jestem hurraoptymistą schengeńskim... ale z drugiej strony Schengen w niektórych przypadkach się przydaje)

      Usuń