czwartek, 29 czerwca 2017

Poradzieckie sanatorium i lasy Polesia

Rano cały czas pada (chociaż to trochę przypomina mgiełkę wodną, a nie regularny deszcz). Na dzisiaj naszym celem jest jezioro Pisoczne - słyszeliśmy, że warto je zobaczyć, bo woda jest czysta, a okolica klimatyczna. No ale ryby w jeziorze raczej rękami nie złapiemy - więc wypadałoby najpierw coś zjeść.

Lasy koło Wilszanki (czerwiec 2017)


Śniadanie mamy w tej samej knajpce, co wczoraj wieczorem. Tym razem pada na rybę - skoro to region jeziorny, to zjedzenie ryby (koniecznie z "oziera") jest dość oczywiste... niestety, nie jest taka fajna, jak ta z Ładogi. Jest dobra, ale w sumie mała i sporo w niej ości - na szczęście solianka trochę ratuje sytuację. W knajpie nie ma za dużego ruchu, a załoga ogląda jakiś rosyjski serial o fabule rodem z Wenezueli ;)

Śniadanie w knajpie w Szacku


Dzisiaj postanawiamy się trochę powłóczyć po Pojezierzu Szackim. Pierwszy cel to oczywiście Pisoczne, gdzie trafiamy na poradzieckie sanatorium. Trochę przypomina mi to białoruskie Czabarok, w którym spaliśmy w drodze do Moskwy - teren też jest porośnięty sosnami, różnica jest taka, że jednak na Ukrainie okolica jest fajniejsza. Kiedy docieramy nad jezioro, zaczyna padać (co jeszcze przydaje klimatu)... wskoczyłbym do wody, gdyby tylko udało nam się znaleźć kawałek brzegu poza terenem ośrodka. Poprzestajemy na zanurzeniu rąk ;) jeszcze tylko kupujemy sobie magnes na lodówkę i ryby z oziera.

W sanatorium jest parę rzeźb, tu jedna z nich
  
Arena w sanatorium w Gajiwce

Jezioro Pisoczne

Ukraińskie łodzie w Gajiwce

Jeziorne ryby z Ukrainy


Jedziemy na styk trzech granic - dobre 5 lat temu wymyśliliśmy, że zbierzemy wszystkie trójstyki Polski... jak do tej pory udało się być na 3 (Polska/Czechy/Słowacja, Polska/Białoruś/Litwa i teraz Polska/Ukraina/Białoruś), czyli została dokładnie połowa. Kierujemy się jedną z boczniejszych dróg do Pulma. Wiocha zupełnie nieprzystająca do reszty, jakaś taka nowa i mało ładna... na szczęście następne 2 miejscowości są już dużo bardziej klimatyczne. Ostatnia to Koszary (koszarów tam nie ma, jedynie posterunek ;) ), mapa pokazuje, że można dojechać z nich prawie na sam trójstyk. Na końcu drogi pogranicznicy każą pokazać dokumenty, "nie można przejechać, bo granica" - po prostu droga kończy się w szczerym polu (czy raczej lesie).

Pustostan w szczerym (dosłownie) polu

Asfalt przez Pulmo

Na Ukrainie domy na wsi wyglądają zupełnie inaczej, niż w Polsce

Żółto-niebieski domek obowiązkowy

Drewniany domek w Koszarach

Poleskie pogranicze ukraińsko-białoruskie


Zajeżdżamy jeszcze do Wilszanki, która podobnie jak Koszary, jest rzeczywiście zagubiona wśród bagien Polesia... 3 km dalej jest już Polska, ale po drodze jest jeszcze Bug, dość mocno rozdzielający jedną i drugą stronę granicy. Chociaż mapa pokazuje, że jest jakaś boczna, leśna droga wzdłuż granicy, to my jakoś nie możemy na nią trafić i cały czas kluczymy gdzieś między Koszarami a Wilszanką. Wpadamy na drogę, która wydaje się być właśnie tą, której szukamy - mijamy cmentarz i... znowu granica, tyle że tym razem polska. Dobra, chrzanimy to i cofamy się na główniejszą szosę w stronę Starowojtowego, znowu nie omijając lasów, dziur i przedwojennego bruku. Trasą nieco inną niż planowaliśmy, docieramy do przygranicznego z charakteru Ljubomla - zatankować i zrobić zakupy.

Poleskie lasy i szutry

Wilszanka należy do najsympatyczniejszych wiosek Polesia

Bruk, prawie jak na drodze do Szacka. Chyba jeszcze z polskich czasów

Dziury gdzieś między Szackimi Jeziorami a Ljubomlem


W Ljubomlu stwierdzamy, że już nie ma sensu się cofać na Pojezierze Szackie i jedziemy na południe, a dokładnie na pogranicze polsko-ukraińskie - no ale to już na tyle odrębna część, że zasługuje na inny tekst, tym bardziej, że region też się zmienia...



Może zainteresować Cię też:





Na Ukrainę jeżdżę od 2014 roku - byłem już m.in. we Lwowie, w Kijowie, na wybrzeżu czy na Polesiu (i ciągle mam ochotę na więcej!). Sylwestrowy wyjazd 2014/15 był moim pierwszym pobytem w tym kraju i jedną z pierwszych wycieczek zagranicznych. Wybierasz się tam? Przeczytaj moje ukraińskie teksty. A jeśli chcesz dowiadywać się o moich podróżach na bieżąco, dołącz do grona czytelników na Facebooku! (fb.com/zamiedzaidalej)

10 komentarzy:

  1. Te kolorowe chaty są wyjątkowo urokliwe.
    Szkoda, że pogoda Ci trochę nie dopisała. Ale jak to się mawia, nie ma złych warunków atmosferycznych, są tylko źle dobrane ubrania, więc zwiedzać można nawet w deszczowej aurze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie :) uwielbiam takie kolorowe domy, takie inne od tego, co w Polsce... a pogoda, no cóż. Chociaż i tak lepiej, że nie było 40 stopni upału ;)

      Usuń
  2. Śniadanie miałeś wypasione, powiedziałabym że to solidny obiad :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a jakoś się tak złożyło, że śniadanie było bardziej obiadowe ;)

      Usuń
  3. Deszczowa aura dodaje mrocznego klimatu tej okolicy! Ojj, ale taką rybkę z oziera chętnie bym zjadła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ryby z oziera są pyszne :) zarówno z Ładogi, jak i ze Świtazi - chociaż te ostatnie podają trochę małe ;)

      Usuń
  4. Trochę pogodę mieliście kiepską, za to śniadania naprawdę mistrzowskie :) A ogólnie z tego co czytam i widzę to bardzo swojsko na tym Polesiu. Fajnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. potwierdzam, fajnie tam :) śniadania były pyszne, a miejsce rzeczywiście bardzo swojskie, takie sympatyczne

      Usuń
  5. Lubie takie sielskie-wiejskie klimaty od czasu do czasu. Rybkę chętnie bym zjadla

    OdpowiedzUsuń