czwartek, 7 lutego 2019

Zimowy zachód słońca na Luboniu

Beskid Wyspowy to chyba najczęściej odwiedzane przeze mnie pasmo górskie (poza Tatrami). Od kiedy zacząłem jeździć w te ostatnie, inne polskie góry trochę zeszły na dalszy plan. Po prostu nie jest mi w nie po drodze. A raczej: nie było. Aż do końcówki listopada, kiedy wyskoczyło okno pogodowe. Szybka analiza sytuacji - czwartek 29 listopada był jedynym dniem, w którym mogłem się wyrwać z Krakowa. Ale dla odmiany nie w Tatry - a właśnie w Beskid Wyspowy (w którym ostatni raz byłem w marcu, na Łopieniu). Zwłaszcza, że końcówka listopada to górska zima - a zimą przerzucam się z Tatr w Beskidy i inne pagóry :-D

Panorama ze szczytu (Luboń Wielki)


Wybieram niebieski szlak z Rabki Zarytego. Głównie dlatego, że to praktycznie najszybsza opcja, żeby wejść na szczyt. Listopadowe dni są krótkie, a przy tym ja zjawiłem się na początku szlaku o 14 (!) - nie ma na co czekać. Normalnie (czyt. poza zimą / w weekend) pewnie zrobiłbym dłuższą wyrypę, ale teraz, kiedy do zachodu mam ledwie 2 godziny, nie chce mi się schodzić nie wiadomo ile po ciemku.

Listopadowy Beskid Wyspowy

Szlak na Luboń Wielki z Rabki Zaryte

Niebieski szlak na Luboń Wielki

Gdzieś między Rabką i Luboniem


Na dole nie ma ani grama śniegu - tylko w zacienionych miejscach jest trochę zamarzniętych kałuż. Szlak biegnie prawie po równym, zaczyna się piąć do góry dopiero po wejściu do lasu. Po czterdziestu pięciu minutach nieszczególnie mozolnego podejścia dochodzę do kapliczki - połowa drogi. Nie ma czasu na żadne przerwy, muszę trochę przyspieszyć - o ile chcę dojść na górę w dzień ;-) warunki w dalszym ciągu jesienne, dalszy ciąg wycieczki zapowiada się nudno jak flaki z olejem.

Za chwilę wejście do lasu

Światło tego dnia jest dość fotogeniczne

Beskidzkie widoki

Kapliczka wyznacza mniej więcej połowę drogi na szczyt


Koło kapliczki pojawia się śnieg. I dosłownie w minutę wchodzę z listopadowego, zwyczajnego lasu w zimowy krajobraz. Zrobiła się 15.30, światło zaczyna nabierać czerwonego koloru - w normalnych (czyt. w dzień) warunkach pewnie bym się nawet nie zachwycił. A teraz? Super, tym bardziej, że jeszcze nigdy nie oglądałem zimowego zachodu w górach (!). Zapycham kartę w ekspresowym tempie, robię chyba dwadzieścia zdjęć na minutę - i zaraz potem pędzę na szczyt.

W dalszym ciągu jesiennie

Przymarznięte gałązki

Zachód słońca ze szlaku na Luboń


Luboń jest (przynajmniej teoretycznie) dość słabą miejscówką na podziwianie zachodu słońca - z tej prostej przyczyny, że widok z niego jest głównie na wschód. Dochodzę na szczyt dokładnie o zachodzie - i okazuje się, że wcale taki najgorszy nie jest (zwłaszcza zimą). Przynajmniej słońce nie wali centralnie w aparat :-D

Na szczycie jestem dosłownie 5 minut. Nie ma czasu na wiwaty ani oklaski (chociaż zdobyłem dzisiaj tysięcznik), po sesji zdjęciowej zaczynam odwrót. Słońce się chowa i w jednej chwili robi się rzeczywiście zimowo - także pod względem temperatury. I jakoś tak mało przyjemnie. O ile w górę szedłem bez rękawiczek (bo w ogóle nie było mi zimno), o tyle teraz już muszę je włożyć, termometr wskazuje minus. Chcę jak najszybciej zejść, bo obstawiam samotne schodzenie po ciemku - końcówka listopada, do tego w tygodniu, to zdecydowanie niski sezon (idąc w górę, spotkałem łącznie 2 osoby).

Wierzchołek Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.)

Lubońskie schronisko stoi w tym miejscu od blisko 90 lat


Powrót mija mi z tradycyjnym strachem - zawsze, kiedy idę solo przez las w górach (zwłaszcza po ciemku), mój mózg zaczyna dorysowywać czające się gdzieś między drzewami niedźwiedzie. Uroki samotnego wędrowania i wyobraźni; przed 17 jestem na dole (w międzyczasie, kiedy już mam świętować zejście, wywalam się. Na tym wspomnianym wyżej lodzie :-D ). Kiedy się odwracam, górę jeszcze widać - mam poczucie osiągniętego celu. I jednocześnie tego, że olewanie tego pagóra przez blisko trzy sezony było grzechem śmiertelnym! :-D


Słońce się już schowało


Luboń zaskakuje - i to bardzo pozytywnie! Osławiona wybitność /czyli, upraszczając, różnica wysokości od podstawy do szczytu/ (ponad 500 metrów, najwięcej w Beskidzie Wyspowym) nie jest aż taka straszna, schronisko na szczycie wygląda chyba najbardziej klimatycznie spośród wszystkich schronisk, jakie widziałem [tzn. przynajmniej od zewnątrz, w środku nie byłem :-D ], a widoki ze szczytu - jak na taką wysokość - są super! (zwłaszcza w zimowej wersji). A już niedługo mam w planach tam wrócić - tym bardziej, że w 2019 chcę zrealizować w tych okolicach trochę większy projekt górski. Domyślacie się, o co chodzi? :-D



Może zainteresować Cię też:



Beskidy (i ich okolice!) staram się odwiedzać dosyć często - to jedne z moich ulubionych gór. Wybierasz się w nie? Przeczytaj moje beskidzkie teksty. A jeśli chcesz dowiadywać się na bieżąco o moich podróżach (również górskich) i o tym, co u mnie słychać - dołącz do grona czytelników na FB (https://www.facebook.com/zamiedzaidalej).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz