niedziela, 4 grudnia 2016

Grudniowe Podgórze

Postanowiłem pójść sobie do Bonarki. Sobota, piękna pogoda, słońce... świetne warunki. Ale, żeby nie było za prosto, to chciałem, żeby jak największa część mojej trasy biegła nawierzchnią inną niż asfalt (który to ostatnio doprowadza mnie do szału przy chodzeniu).

Panorama na Kraków spod Kopca Krakusa.



No dobra, przesadzam. Może nie do szału, ale przydałaby mi się jakaś odmiana, bo poza szlakami górskimi chodzę przede wszystkim asfaltem. Raz zdarzyło mi się iść nim 24 km [potem dosyć bolały mnie stopy] i od tego czasu czuję, że fajnie by było połazić sobie jakimiś leśnymi czy polnymi dróżkami.

No ale wracając do Bonarki: wymyśliłem, że pójdę przez teren dawnego obozu koncentracyjnego w Płaszowie - i wygodniej, i szybciej, niż przez ruchliwe ulice. A co z tego wyszło...

Wystartowałem z przystanku Urzędnicza (jakoś mi się tak ubzdurało. Generalnie trasy mojego chodzenia wymyślam na bieżąco, jak mi się dana ulica czy droga spodoba, to w nią skręcam i tyle) koło 13.30. Trochę późno, ale... lepiej późno niż wcale ;) początek trasy (czyli gdzieś tak do Bagateli) to coś tak przewidywalnego i w zasadzie nieciekawego, że nawet nie będę się o tym rozpisywać.

Następny etap - przejście przez Rynek i resztę Starego Miasta - też nie był jakiś fascynujący, na Rynku już rozstawione dekoracje i budy świąteczne, na Grodzkiej jak zawsze tłumy... czułem, że jak zaraz nie pójdę w jakieś spokojniejsze miejsce, to będzie niefajnie. Na szczęście udało się dotrzeć na Kazimierz bez strat fizycznych i duchowych.

Krakowskie, grudniowe Planty

Nad Wisłą (Most Powstańców Śląskich).


Chwilę później byłem już nad Wisłą. Bardziej interesująco zaczęło się robić po przejściu nad nią i wkroczeniu do tak zwanej "Polski B" (swoją drogą, zawsze ten podział mnie drażnił). Coś nowego zaczęło się dopiero za Rynkiem Podgórskim; wymyśliłem sobie, żeby skrócić drogę przez górkę za kościołem [a nie iść "po bożemu" przez Kalwaryjską].

Wychodzę po schodach na górkę... i widzę jeden z fajniejszych parków, jakie do tej pory widziałem w Krakowie. Niby sobota, świeci słońce, a jest dosłownie kilka osób. Jeden z plusów chodzenia po parkach w grudniu :)

Park Bednarskiego.


A po wyjściu z parku, prawie natychmiast dochodzę na kładkę nad Powstańców Śląskich. Normalnie tej drogi nie lubię, ale jak patrzę z góry - sznur malutkich z tej wysokości samochodów, a ja bez przeszkód idę sobie nad nimi. Wot, wyższość chodzenia/jeżdżenia rowerem nad autem w mieście.

Nad Powstańców Śląskich. Widok w stronę Huty.

Powstańców Śląskich.


Przy zejściu z kładki w bok odchodzi dróżka w krzaki. Wygląda średnio atrakcyjnie - obok jest opakowanie po fajkach i trochę śmieci... ale jednak postanawiam nią iść. Odcinek przez krzaczory na szczęście nie jest jakiś bardzo długi (za to bardzo błotnisty ;) ) i zaraz wychodzę na łąkę... pod kopcem Krakusa. No i wtedy uświadamiam sobie, że rok temu jechałem tu rowerem, tyle że w przeciwną stronę, a tuż obok jest asfaltowa droga.

Nie decyduję się na wyjście na sam szczyt kopca. Po ludzku mi się nie chce, zostaję u jego podnóża. Ale i tak widoki i pogoda dopisują - jakbym sam tam nie był, to nie pomyślałbym, że to zdjęcia z grudnia, bo pora roku wygląda jak połączenie późnej jesieni i początku wiosny.

Widok spod Kopca Krakusa.

Jeszcze jedno spojrzenie na kopiec.


Z góry próbuję zejść inną drogą, niż przyszedłem. Z jednej strony jest siatka, z drugiej ogrodzenie cmentarza, więc jak to widzę, to szukam jakiegoś przyjaźniejszego zbocza, którym zbiega się, aż miło (z rozpędu nie zrobiłem nawet zdjęcia). Dochodzę do malutkiej zielonej furtki na cmentarz - wygląda dosyć sympatycznie.

Dopiero, kiedy jestem przy głównym wejściu, widzę, że wszedłem na Cmentarz Podgórski. Nigdy wcześniej tam nie byłem, pod kopcem nie wiedziałem nawet, że to jest tutaj...

Boczne wejście na Cmentarz Podgórski.


Wychodzę wprost na Wielicką. Mam wybór - albo iść wzdłuż nudnej jak flaki z olejem drogi szybkiego ruchu, albo przejść przez kolejne błoto w dawnym obozie koncentracyjnym. Tak naprawdę na żadną z tych opcji nie mam ochoty, więc po prostu dochodzę do Dworcowej i wsiadam... do tramwaju, a potem do autobusu w stronę Bonarki. Wg Endomondo zrobiłem 8,62 km w 1 h 23 min. 


I najlepsze, że w ogóle nie żałuję niedojścia do Bonarki na własnych nogach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz