poniedziałek, 16 stycznia 2017

Giurgiulesti

Na południowym krańcu Mołdawii jest takie miasteczko. Giurgiulesti. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie było położone w pewien szczególny sposób, a mianowicie nad Dunajem. No dobra, ale nad Dunajem jest wiele innych miejsc i jakoś nie poświęcam temu faktowi uwagi. Chodzi o coś jeszcze - o to, że jest wciśnięte pomiędzy Rumunię i Ukrainę.

Wjazd na przejście Reni/Giurgiulesti



Historia miasteczka sięga lat 90., kiedy to Mołdawia oddała Ukrainie część drogi, łączącej Odessę i Izmaił. W zamian za to Ukraińcy oddali Mołdawianom kilkaset metrów wybrzeża Dunaju. Oczywiście ci drudzy bardzo skrzętnie to wykorzystali i zbudowali na swoim skrawku brzegu olbrzymi towarowo-pasażerski port morski, jedyny w całym kraju.

W rejonie Delty Dunaju Rumunia i Ukraina graniczą ze sobą, ale przekroczyć granicę mogą tylko lokalni mieszkańcy. Pozostali muszą szukać jakiejś alternatywnej drogi - a najbliższa biegnie właśnie przez Giurgiulesti, więc do pokonania są dwa przejścia graniczne, najpierw ukraińsko-mołdawskie, a po 3 kilometrach mołdawsko-rumuńskie, ewentualnie na odwrót. I nie ma mowy o żadnym uproszczonym trybie, dla mołdawskich pograniczników taki tranzyt to normalny pobyt turystyczny (a to, że trwa do kilku godzin, to insza inszość...)

Mołdawianie traktują tranzyt jako normalny pobyt turystyczny


A jak wyglądało to u nas?


Na dzisiaj naszym celem jest dostać się z wybrzeża Ukrainy do Rumunii. Przed nami 240 km ukraińskich dróg różnej jakości, aż w końcu wieczorem zmienimy kraj. Przejeżdżamy przez niezamieszkane, pełne zaschniętego błota tereny. W Tatarbunarach zatrzymujemy się na jedzenie w przydrożnej knajpce, z której ścian spogląda hoża dziewoja z wiadrem z wodą, otoczona różnej maści roślinami w ogródku na wsi ;) poza tym nie było większych przygód, no może poza tym, że oduczyliśmy się jeść ukraińskie winogrona w dużych ilościach. Są wręcz niemiłosiernie słodkie i ciężkie... a my, sądząc, że nam zasmakują, kupiliśmy ze 2 kg - potem nie mogliśmy na nie patrzeć ;)

Wybrzeże Ukrainy, okolice Zatoki

Poniżej naszej stepowo-klifowej miejscówki mieliśmy fajną plażę

Jeden z fajniejszych fragmentów drogi

Zaschnięte błoto, ale jednocześnie stepowe klimaty

Dziewoja w Tatarbunarach

Winogrona z Ukrainy


Tankujemy w ostatnim miasteczku przed granicą, Reni. Nie chcemy wymieniać mołdawskich pieniędzy, a w Rumunii paliwo już jest sporo droższe. Jeszcze zakupy w jednym ze sklepów i... kierunek Mołdawia! Jedziemy w świetle zachodu słońca do granicy. Ukraiński terminal jakiś dziwny, przejeżdżamy w dosłownie dwie minuty. Mijamy szlaban i jesteśmy w Mołdawii! Ale zaraz, nie mamy pieczątek wyjazdu z Ukrainy, w ogóle niet dowodu, że już nas tam nie ma.

Ostatnie zakupy na Ukrainie

Zmierzamy do granicy, prosto w stronę słońca


Chwilę później okazuje się, że są dwie kontrole (ukraińska i mołdawska) w jednym budynku. Podczas sprawdzania auta uwagę celników wzbudza latarka, zrobiona z zepsutego paralizatora. Ukraińcy oczywiście to zarekwirowali i "dawaj diengi"... żeby było śmieszniej, wieźliśmy też siekierę i jakoś tego się nie czepiali. Chyba trafiliśmy na wyjątkowych chamów, bo nigdzie wcześniej na granicy mundurowi nie kazali nam otwarcie dać w łapę. Ale w końcu nas wypuścili.

Mołdawianie to już zupełnie inny świat. Zero chamstwa, w ogóle nie byli wredni, w miarę szybko nas sprawdzili i pozwolili na wjazd do swojego kraju. Po trzech kilometrach kolejna odprawa mołdawska, tym razem wyjazdowa i znana nam już sprzed roku. Sprawdzanie dokumentów chwilę trwa (ja w tym czasie, z braku innego zajęcia, urozmaicam sobie czas internetem - dosyć fajną rzeczą na przejściach granicznych w tym państwie jest darmowe WiFi), ale stosunkowo szybko przynoszą nam je z powrotem.

Giurgiulesti, przygraniczna mołdawska miejscowość (kwiecień 2015)

Giurgiulesti, 23.04.2015. Czekamy na podniesienie szlabanu wyjazdowego


Witamy trzeci w tym dniu kraj - Rumunię. Tu już jestem naprawdę zmęczony, nawet nie tyle dwoma przejściami granicznymi, ile tym, że najzwyczajniej w świecie chce mi się spać, jest prawie 22. Odprawa zajmuje kolejne 40 minut - w końcu jesteśmy w Rumunii o 22.33. Zostaje znaleźć jakieś miejsce do spania... ale musimy przejechać jeszcze przez Galati, spore miasto graniczne. W tym momencie nie marzę o niczym innym, jak o wydostaniu się gdzieś na totalne zadupie. Padam ze zmęczenia, boli mnie głowa, generalnie nic fajnego.

Udało nam się spać na czymś pomiędzy łąką i polem

Nasza miejscówka noclegowa raz jeszcze


Miejscówkę noclegową znajdujemy tuż przed północą. Starcza mi siły tylko na tyle, żeby przejść z auta do namiotu i się położyć. Tak, było męcząco. Ale równocześnie było fajnie, mimo tego, że musieliśmy dać wziatkę, nie smakowały nam winogrona z Ukrainy i spędziliśmy 3 godziny na granicach. Nudno nie było ;)

8 komentarzy:

  1. Nie ukrywam, że ten region Europy jest dla mnie kompletnie nieznany! Trzeba będzie to wziąć pod uwagę przy planowaniu kolejnych wakacji:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dla mnie był zupełnie nieznany jeszcze 3 lata temu :) teraz wiem, że to fajne miejsca, lubię klimaty rumuńsko-mołdawsko-ukraińskie :)

      Usuń
  2. Interesująca podróż. My swego czasu jechaliśmy przez Ukrainę i Rumunię wracając z Bułgarii, a droga była interesująca pod różnymi względami, pełna atrakcji i to niekoniecznie sympatycznych :) Myślę, że Mołdawia jest bardziej interesująca i może kiedyś tam zawitamy. Tymczasem pozdrawiam serdecznie z Wietnamu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie trochę kusi mnie tzw. trasa legendarna w stronę Bułgarii - czyli Ukraina-Rumunia-Bułgaria :) a Mołdawię szczerze polecam, bo jest bardzo postsowiecko klimatyczna!

      Usuń
  3. gdyby Mołdawianie byli sprytni, to sprawdzaliby na swoim odcinku winietę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i tak każą ją kupić przy wjeździe :D a kontroli winiety w Mołdawii chyba nigdzie nie widziałem ;)

      Usuń
    2. każą? Ja wjeżdżając miałem wrażenie, że wszystkim to zwisa. Pogranicznicy machali ręką, musiałem pójść do osobnego budynku. Gdybym nie kupił to nikt by nawet nie wiedział :D

      Usuń
    3. to chyba zależy, kto się trafi... my zarówno za jednym, jak i za drugim razem musieliśmy kupić ;)

      Usuń