czwartek, 8 grudnia 2016

Ostatni dzień w Rosji

Stawiamy namiot jakieś 60 km przed granicą. Brzozowy lasek, słońce zachodzi, my w namiocie... aż trudno uwierzyć, że jutro pożegnamy się z Rosją i wjedziemy na Ukrainę. Jesteśmy gdzieś w briańskiej obłasti, niedaleko granicy z Białorusią i Ukrainą. Można by było napisać parę słów podsumowujących pobyt w największym kraju świata.

Zachód słońca w Rosji.



W Rosji byliśmy najdłużej spośród państw na naszej wschodnioeuropejskiej wycieczce... ale akurat ta jej część nie rzuciła mnie na kolana. O ile Rosję jako całość lubię, to poza miastami i kilkoma sympatyczniejszymi miejscami nie byłoby za bardzo o czym pisać, krajobrazowo tam są głównie pola i lasy, krótko mówiąc - w większości wygwizdów.

Tyle że normalnie to zawsze chętnie jadę na wygwizdów. Problem jest taki, że większość tego terenu pod względem krajobrazowym nie była za ciekawa. Oczywiście zdarzały się wyjątki, ale zasadniczo jakiejś rewelacji w tej części Rosji nie zauważyłem. Przede wszystkim brakowało mi tam gór!

Pola (pomiędzy Smoleńskiem i Briańskiem).

Jeden z naszych rosyjskich noclegów na dziko.


No a do zwiedzania były głównie miasta. Moskwa i Petersburg. Byliśmy też w kilku mniejszych miejscowościach, jak Pieczory czy Psków. Te dwa pierwsze miejsca to naprawdę są metropolie (które krótko mówiąc, były fajne) - Kraków czy Warszawa są przy nich wioskami. Za to Psków, chociaż niby mieszka w nim 200 tys. osób i jest stolicą obłasti (czyli czegoś w rodzaju naszego województwa), wydaje się pipidówką znacznie bardziej, niż podobne rozmiarowo do niego Kielce.

Krążownik Aurora, Petersburg.

Sobór Chrystusa Zbawiciela (Moskwa) - największa cerkiew świata!


A, i dosyć drażniły mnie też odległości między fajnymi miejscami. Na takich Bałkanach wszystko jest w miarę niedaleko, a w Rosji rzeczy warte zobaczenia są poupychane w skupiskach (np. wokół Moskwy i Petersburga) - tereny między skupiskami to jedno wielkie zadupie. To uczucie, jak jedziesz 500 km i nie napotykasz żadnego miejsca, które powodowałoby opad szczęki i roztrzaskanie się jej o posadzkę...


Chociaż tak naprawdę nie wszystko było na minus, mogę też zaliczyć kilka rzeczy na plus. Głównie kuchnia. Nawet nie będę się tu o niej rozpisywać, bo dałoby się o niej zrobić osobny tekst (który znajdziecie tutaj) - ale po prostu była smaczna.

Druga dosyć ważna rzecz, która jednak była super, to jeziora. OK... największe jezioro Europy, Ładoga, w ogóle mnie nie zachwyciło [poza rybą z niego], ale dwa pozostałe oziera, nad którymi byliśmy, trzymały poziom... w każdym razie pływało się fajnie i nie było zimno nawet przy temperaturze 12 stopni! Pod tym względem rosyjskie jeziorka są mega :D

Jezioro gdzieś w leningradzkiej obłasti.

Przydrożne jeziorko w okolicach Briańska

Podsumowując, absolutnie nie żałuję tego, że byliśmy w Rosji w czasie naszej wycieczki. I tak, pojedziemy tam znowu, jak się uda, to za kilka miesięcy. Tyle tylko, że tym razem wybierzemy inny region... ktoś zgadnie, jaki? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz